• Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

Szymonnn

Niedoszły związek - jak sprawić, by ona mimo wszystko mnie zechciała?

Recommended Posts

Emm, cześć. Na wstępie zaznaczę, że to pierwszy raz, gdy pisze post na jakimkolwiek forum (właściwie to drugi, raz już na innym forum dodałem ten sam wpis), więc nie wiem z czym to się je, ale chciałbym się po prostu wygadać, bo już nie daję rady. Dodatkowo muszę od razu was ostrzec, że to będzie bardzo chaotyczny wpis; mam bardzo dużo myśli, emocji, rozmyśleń itd. które chciałbym przelać na pismo, ale ciężko mi to uporządkować.

To tak, mam na imię Przemek, mam 16 lat. Jak wiadomo od września zaczęła się szkoła, w moim przypadku szkoła średnia, a dokładniej liceum. Szczerze mówiąc, to od samego początku źle się czuję w tej szkole, nie mam zbyt wielu znajomych, z osobami z klasy praktycznie nie rozmawiam. Na dodatek jest to jedna z lepszych szkół w mieście, więc nauczyciele wywierają chorą presję na uczniach- presję, której nie jestem w stanie znieść (w mojej klasie jestem po prostu najgłupszy, reszta klasy nie ma problemu z presją, tempem nauki, z niczym, można rzec, że każdy z nich to "kujon") Moglibyście powiedzieć, że powinienem się cieszyć, bo w końcu dostałem się do tej szkoły do której chciałem. No właśnie, chciałem. Pomijam już fakt, że każdy dookoła odradzał mi tę szkołę, ale no "przecież wiem lepiej". Moi znajomi z gimnazjum poszli do szkół, z których są zadowoleni i chodzą tam prawie że z przyjemnością, tylko ja czuje, że popełniłem życiowy błąd. Praktycznie od 2 tygodni staram się o zmianę szkoły, chodzę, pytam o miejsca itd, ale niestety bezskutecznie, ponadto rodzice nie mogą przełknąć tego, że chcę się przenieść. Idąc dalej, codziennie rano przed szkołą z trudem powstrzymuję się od płaczu, w szkole z resztą nie raz zdarzyło mi się uronić kilka łez. Faszeruję się lekami na uspokojenie od połowy wakacji z nadzieją na poprawę, ale niestety przeważnie brak tej poprawy. Teraz możecie spytać dlaczego od połowy wakacji, skoro szkoła jest od września. Już spieszę z wyjaśnieniem (zaraz zacznie się inny wątek, temat szkoły jest niejako zamknięty, mimo, że pewnie do niego jeszcze nawiążę).

Ale zanim zacznę kolejny wątek, to opowiem coś więcej o sobie, abyście lepiej zrozumieli moje odczucia, zachowanie itd. To tak, od 1 gimnazjum choruję na depresję; bywały okresy lepsze, bywały i gorsze. Jednakże zaprzestałem wizyt u psychologa jakoś w połowie 2 gimnazjum. W 3 gimnazjum ta depresja wróciła i została ze mną na dobre. Dodatkowo jestem bardzo wrażliwy, jak na chłopaka. Jestem też nieśmiałym introwertykiem, bardzo ciężko mi nawiązać nowe znajomości, przeważnie trzymam się tylko z tymi, których dobrze znam.

Dobra, teraz już przechodzę do tego kolejnego wątku. Po prostu zakochałem się w jednej dziewczynie i sytuacja jest dosyć specyficzna. Teraz może "skrócę" wam moją znajomość z nią (skrócę w cudzysłowie, bo czuję, że to będzie naprawdę dłuuuuugi monolog).

Z Emilią poznałem się w zasadzie przypadkowo- mój przyjaciel, a zarazem jej kuzyn Kuba zaproponował mi spotkanie we 4 (miała być jeszcze znajoma Emilii). No to spoko, doszło do spotkania, było miło itd. ale to tyle, nic nadzwyczajnego. Po tym spotkaniu Emilia wręcz katowała Kubę, żeby mnie namówił, żebym do niej napisał. Ja ze względu na swój niezbyt ciekawy stan psychiczny nie miałem zbytniej ochoty na pisanie z kimś. Ale po kilku miesiącach w końcu uległem i napisałem (spotkanie było w listopadzie 2018, ja napisałem do niej na początku marca 2019). No to pisaliśmy sobie, znajomość rozkwitała, było fajnie. W międzyczasie jak pisaliśmy doszło do jeszcze kilku spotkań właśnie w tej 4 osobowej grupce; to pojechaliśmy razem na dni otwarte do szkoły, to jeszcze coś innego. I po jednym z tych spotkań byłem pewien, że coś do niej czuję (wcześniej nie byłem w stanie określić, co to były za uczucia). No i Kuba to zauważył, więc sie mnie spytał o co chodzi, to ja mu powiedziałem, że chyba się zakochałem/zauroczyłem w Emilii. To on na to, że "chyba rozbiłem bank", bo Emilia też mu mówiła, że coś do mnie czuje. Ja uznałem, że to tylko takie gadanie nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości, więc zignorowałem tę wiadomość (ojj, jaki to był wielki błąd). No to żyliśmy sobie dalej, pisaliśmy ze sobą, ale ani ja ani ona nie wiedzieliśmy o swoich uczuciach (niby ja teoretycznie wiedziałem, ale nie uznawałem tego faktu za prawdę).

Pewnego dnia zebrałem się, aby zaprosić ją na a'la randkę i ku mojemu zdziwieniu zgodziła sie. No to do spotkania doszło, spędziliśmy ten czas naprawdę miło. Ale mimo tego, że się spotkaliśmy, to nie zebrałem się, aby powiedzieć jej o swoich uczuciach, bałem się. No to po spotkaniu znowu żyliśmy sobie dalej, aż w końcu nadszedł dzień poniekąd przełomowy.

Kuba organizował ognisko/grilla (to była jakaś połowa lipca), i wspólnie postanowiliśmy, że zaprosimy też jego kuzynkę. Zgodziła się, grill się odbył; jednak pierwszego girlla nie będę wspominał dobrze. W skrócie napiłem się za dużo, nie podobało się jej moje zachowanie, no i było mi głupio. Ale po tym grillu, 2 dni później był kolejny, na który zaprosiła mnie sama Emilia. Powiedziała, żebym zapomniał o tym ostatnim itd. No i na tym właśnie grillu zebrałem się, aby pogadać z nią o uczuciach. Zbierałem się do tego jakieś kilka godzin, ale w końcu wziąłem ją na rozmowę, z której wyniknęło, że i ona mi sie podoba i ja jej. Jednak powiedziała, że "musimy zaczekać na odpowiedni moment". Niezbyt wiedziałem co miała na myśli, ale nie dopytywałem. No i po tej rozmowie nasza znajomość wyglądała niemal tak samo jak wczesniej, niestety (liczyłem na to, że coś ruszy w kierunku związku). Mój zawód był tym większy, że za nami była już połowa wakacji, a mi bardzo zależało, żeby ten związek się udał we wakacje. Po prostu wtedy mielibyśmy dla siebie względnie dużo czasu; tylko względnie, bo Emilka od kilku lat tańczy, bierze taniec bardzo na poważnie, trenuje 5 dni w tygodniu, przez co mimo wszystko tego czasu jest mniej. Ale no, wakacje leciały dalej, a ze związku wciąż nic. Nie chciałem zapraszać Emilii na kolejne spotkanie, bo uznałem, że to będzie dla niej za szybko, ale pewnego razu Kuba powiedział mi słowa Emilii.

Powiedziała mu, że wkurwia ją, że jestem taką pizdą, że boję się zaprosić ją na spotkanie. Po tej wiadomości postanowiłem lekko zmienić sposób swojego działania i zaprosilem ją na spotaknie, ale odmówiła, tłumacząc się brakiem czasu. Myślałem "spoko, każdemu się zdarza, spytam za kilka dni". No i spytałem, ale znowu to samo. Wtedy już byłem lekko zaniepokojony, ale próbowałem dalej. Skończyło się na 4 albo 5 próbach, nieudanych próbach. Nie rozumiem dlaczego odmawiała, skoro sama uznała, że jestem pizdą, gdy nie chcę jej zaprosić. Pomyślałem sobie wtedy, że juz nic do mnie nie czuje i dlatego tak się zachowuje. Później w trakcie pisania wyniknęło, że wciąż mnie kraszuje, ale że przez brak czasu boi się wchodzić w związek, bo może się szybko rozpaść. Ja jej tłumaczyłem, że to nie problem, że jakoś damy radę itd, ale ona wciąż swoje, więc znowu zaprzestaliśmy na tym, że musimy poczekać na odpowiedni moment.

W końcu przyszedł rok szkolny, a co za tym idzie brak czasu itd. Właściwie to jedynym aspektem, który sprawiał, że chciało mi się żyć, to wizja przyszłego związku z Emilią. Jednak pewnego dnia, w pierwszym tygodniu szkoły po pisaniu z Emilią wynikła bardzo smutna rzecz. Emilia napisała, że w tym roku nie da rady być w związku, że po prostu nie (wszystko przez, jej zdaniem, brak czasu). Gdyby na tym się skończyło, to spoko, ale ona dopisała jeszcze, że pogodziła się z myślą, że nic raczej nie wyjdzie i że chyba obydwoje powinniśmy odpuścić. Dla mnie to było mega szokujące, ale powalczyłem. Ustaliliśmy, że spróbujemy wejść w związek pod koniec roku szkolnego, gdy zrobi się luźniej itd. Było to dla mnie bolesne, ale próbowałem jakoś z tym żyć. Mimo tego, że napisała że odpuszcza, to ja nie chciałem odpuścić i wciąż starałem się pokazywać, jak bardzo mi na niej zależy (np. kupienie kwiatów itd. na urodziny). I właśnie po tych kwiatach coś się wyraźnie zepsuło. Przestała do mnie pisać, wyglądała jakby miała mnie gdzieś, takie "I don't care" (wcześniej to prawie zawsze ona pisala do mnie pierwsza, było widać, że chce, że jej zależy). Wtedy zaczął się mój mega dołek i mega nasilona depresja, która trwa do teraz. Najgorsze było to, że nie wiedziałem dlaczego tak się zachowuje.

Po niecałych 2 tygodniach postanowiłem spytać jej przyjaciółki co się dzieje (mogłem liczyć na poufność z jej strony itd). No i dowiedziałem się kilku rzeczy. Po pierwsze to, że odebrała ten mój prezent w postaci kwiatów jako jakieś żądania wobec niej (żądania o związek); oczywiście nie takie miałem intencje. Po drugie to to, że nie jest gotowa na związek, że nie da rady być w związku, że nie nadaje się do tego, że nie będzie miała żadnego chłopaka ani męża, ani nic (nikt nie wie dlaczego ma takie podejście, kompletnie nikt). Ta wiadomość szczególnie mnie zabolała. Dowiedziałem się też dlaczego nie pisze. Myślała, że pisząc ze mną rani mnie tym, że nie chce być teraz w związku (fakt, nie było to przyjemne, ale przecież rozumiałem to, ona też wiedziała, że rozumiem), więc wraz z przyjaciółką (tą, do której napisałem) postanowiła, że lepiej jak ograniczy kontakt do zera, żeby mnie nie ranić, a to wszystko przez to, że jej na mnie zależy itddd. Ta przyjaciółka próbowała ją nakłonić na związek, ale nie udało się. Emilia bardzo chciałaby się ze mną przyjaźnić, wciąż się jej mega podobam (słowa tej przyjaciółki). Ale właśnie ta przyjaciółka powiedziała jej, że bycie przyjaciółmi to chujowy pomysł w tej sytuacji, bo obydwoje coś do siebie czujemy i no. Ta przyjaciółka miała pogadać z Emilią na temat tego nie pisania, wytłumaczyć jej, że narazie mi nie przeszkadza, że póki co będziemy przyjaciółmi itd, ale reakcji brak, Emilia wciąż nie napisała, co oznacza, że chyba po prostu nie chce.

Pisząc teraz ten wpis mijają prawie 4 tygodnie odkąd nie piszę z Emilią. Raz, około 3 tygodnie temu się nawet przypadkowo spotkaliśmy, bo mamy swoje szkoły na przeciwko, ale nic z tego spotkania nie wyszło, nie napisała. Od tych 3 tygodni jestem wrakiem człowieka, Dodatkowo nie wierzę w słowa które powiedziała mi jej przyjaciółka. Moim zdaniem ona nie pisze tylko dlatego, że ma mnie gdzieś i męczyło ją pisanie ze mną. Ewentualnie znalazła sobie inny obiekt westchnień i tyle. Ponadto boli mnie to, że przez cały czas pisała, że nie da rady, bo nie ma czasu, a jak sie okazuje, to wcale nie o to chodzi (to tylko utwierdza mnie w tym, że to problem dotyczący mnie, a nie czasu). Zacząłem się ciąć, robię to regularnie od tych 4 tygodni, mam myśli samobójcze (nawet 1 próbę w ciągu tych 4 tygodni), pół dnia potrafię przepłakać, w szkole ledwo funkcjonuję, a to wszystko jest podsycane przez świadomość, że Emilia jest oddalona ode mnie o kilkanaście metrów (tak jak pisałem wcześniej, szkoły na przeciwko), a jest dla mnie bardziej nieuchwytna niż kiedykolwiek. Patrząc na jej szkołę, przechodząc koło jej szkoły (czyli codziennie minimum 2 razy) od razu myślę o niej i wariuję.

Jak widzicie to baaaardzo się rozpisałem a i tak czuję i wiem, że nie zawarłem tam wszystkiego, co mi leży na sercu. Na przykład nie dokończyłem wątku z lekami na uspokojenie (w skrócie to czekanie na odpowiedni moment itd. wykańczało mnie). I jeśli przeczytałeś/aś to wszystko to podziwiam i dziękuję, to wiele dla mnie znaczy. Teraz moje pytanie do was, co mam robić, co mam myśleć? Co może siedzieć jej w głowie, co może nią kierować? Jak naprawić moją relację z nią, jak sprawić, abyśmy byli w związku? Jak przestać choć na chwilę myśleć o tej chorej sytuacji? (wszelkie czynności które wcześniej sprawiały mi radość, teraz tego nie robią, są dla mnie męczące, tak jak wszystko z resztą) .Emilia jest dla mnie całym światem, bez niej nie będę w stanie funkcjonować, więc prosiłbym o nie pisanie odpowiedzi typu "nie martw się, znajdziesz inną", bo ja nie chcę innej, nigdy. Jej brak sprawia, że totalnie nie mam chęci do życia. W głębi serca mam nadzieję na związek, jednak wiem, że szanse na to są coraz mniejsze. Jeszcze raz dziękuję, peace.

Edited by Kerosine
Sprecyzowanie nazwy tematu, formatowanie

Share this post


Link to post
O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Dlaczego nie rozmawiasz z ludźmi z klasy? Rozwiń ten wątek. Cała klasa jest Ci nieprzychylna czy po prostu zamknąłeś się w sobie i sam unikasz towarzystwa?

Staram się rozmawiać, ale mam wrażenie, że oni po prostu uważają się za lepszych od wszsytkich, albo przynajmniej ode mnie. Ich arogancka postawa, uczucie wyższości nad innymi i inne tego typu rzeczy po prostu nie pozwalają na zdrowe relacje.

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Na czym polega wywieranie tej chorej presji? Nie jestem pewna czy rzeczywiście jest to presja, czy wszyscy Twoi znajomi są tacy genialni i tak świetnie sobie radzą, czy raczej jest to kwestia, że znajdując się w nie najlepszym stanie psychicznym tak to odbierasz. 

Nauczyciele co krok powtarzają, że mamy zaszczyt uczyć się w tej "elitarnej placówce", że to nie przelewki, że należymy do grona najlepszych i musimy to udowodnić poprzez naukę. Tak jak w gimnazjum miałem bardzo dobre oceny, tak teraz są one mega przeciętne, dużo poniżej średniej klasy. Mój stan psychiczny może wpływać na jakość mojej nauki, ale odczuwanie presji raczej nie jest z tym związane.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Ohoho. To już jest mocny kaliber. Co bierzesz? Czy leki przepisał Ci lekarz psychiatra, a jeśli tak, to czy bierzesz je w zaleconej dawce? Z lekami nie ma żartów. Pamiętaj też, że leki na uspokojenie, szczególnie te silne i, nie daj Boże, źle dobrane, mogą powodować otępienie, trudności z koncentracją itp. - co może jedynie potęgować Twoje problemy z nauką. 

Właściwie nie zwracam uwagi na to, co biorę i ile. Jak się czuję gorzej, to biorę więcej, jak lepiej, to trochę mniej. Czasami są to zwykłe leki uspokajające bez recepty, a czasami takie na receptę, z tym, że te recepty do uzyskuję po znajomości.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

To błąd. Po pierwsze, chorując na depresję, powinieneś chodzić na terapię, która pomogłaby Ci się z tego wygrzebać. Po drugie, jeśli problem jest poważny, wieloletni i nawracający, powinieneś pomyśleć o wizycie u psychiatry. To nic złego, żaden powód do wstydu - a niekiedy potrafi uratować człowiekowi życie. Wizyta u lekarza specjalisty też jest formą zawalczenia o siebie.

Problem w dużej mierze tkwi w rodzicach. Oni myślą, że u mnie już wszystko w porządku i, że nie potrzebuję żadnej terapii. Nie byliby w stanie dopuścić do myśli faktu, że mam problem. Proszenie ich o terapię byłoby tylko stratą czasu.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Zatem trzymaj się tych ludzi, których znasz. Pielęgnuj relacje. Nie odpuszczaj i nie zamykaj się w sobie. Przecież po szkole czy w weekendy możesz spotkać się ze starymi znajomymi.

Staram się to robić jak najczęściej potrafię, ale z różnych przyczyn bardzo często nie udaje się to. Cóż, będę próbować dalej.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Z jednej strony nie przejmowałeś inicjatywy, nie kontaktowaliście się ze sobą przez długi czas albo udawałeś, że nic do siebie nie czujecie, a potem zacząłeś na nią naciskać, żeby koniecznie weszła z Tobą w związek - tu i teraz, bo Tobie tak pasuje. Nic dziwnego, że zaczęła się wykręcać.

Mieliśmy kontakt właściwie cały czas (w czasie wakacji). Nie udawałem, że nic do siebie nie czujemy, ale szanowałem jej decyzję o poczekaniu na odpowiedni moment. Dlatego też nie zapraszałem jej na spotkania, żeby nie pomyślała, że wywieram na niej jakąś presję. Nie powiedziałem jej też w tamtym czasie nic, co mogłoby wskazywać na jakąś presję z mojej strony, po prostu dałem jej swobodę i czas; oczywiście też niezbyt dużo tego czasu, bo mimo, że nie okazywałem tak tej chęci do związku z nią, to ona we mnie była.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Najpierw byłeś niezdecydowany (co ona odebrała jako słabość), potem zacząłeś za mocno naciskać. Ona też niezdecydowana, z jednej strony z pogardą patrzy na Twój brak odwagi w zaproszeniu jej na randkę, a z drugiej wykręca się, kiedy już wyszedłeś z propozycją.

Byłem zdecydowany w swoich działaniach, ale ona tego nie wiedziała; tak jak napisała, dla niej moje zachowanie było na miarę "pizdy". Nie wiedziałem wtedy, czego ona dokładnie chciała i co miała na myśli mówiąc o odpowiednim momencie. Ale, że dowiedziałem się jakie ma podejście do tych spotkań itd, to postanowiłem działać tak, jak oczekiwała, czyli zaprosić ją. Zaczęła odmawiać, ja próbowałem dalej, bo chciałem żeby cokolwiek ruszyło, więc fakt, troszkę za mocno naciskałem, co nie zmienia faktu, że jej zachowanie było dziwne- z jednej strony nazywa mnie "pizdą" a z drugiej strony gdy już coś robiiłem, to odmawiała.

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Jeżeli będziesz podporządkowywał cały sens swojego istnienia innym, będziesz wiecznie cierpiał na huśtawki nastrojów spowodowane humorami ludzi, którzy raz przy Tobie będą, a raz nie. Nigdy przenigdy nie opieraj poczucia własnej wartości na obecności drugiej osoby ani nie lokuj sensu swojego życia w innym człowieku. Bo kiedy ta osoba odejdzie, zostajesz z niczym. I tu wracamy ponownie do tematu porzuconej przez Ciebie terapii. Dobry psychoterapeuta pomógłby Ci zbudować swoje życie w oparciu o Twoje własne pasje, mocne strony i stały system wartości. Bo problem nie polega na tym, że Emilia nie chce z Tobą być. Prawdziwy problem polega na tym, że wyimaginowałeś sobie remedium na wszelkie nieszczęścia, który umieściłeś w osobie Emilii, ponieważ nie posiadasz niczego innego, stałego, o co mógłbyś się oprzeć. Psychoterapeuta pomógłby Ci znaleźć własną wartość nie w oparciu o nietrwałe relacje międzyludzkie (bo większość relacji, niestety, prędzej czy później się kończy - z różnych przyczyn), ale w oparciu o własne wnętrze - o to, KIM jesteś, a nie Z kim jesteś.

Nie trawię samego siebie, czuję do siebie niechęć, nie potrafiłbym znaleźć w sobie żadnej wartości. Przy Emilii czułem się naprawdę dobrze, a to się zdarza niezwykle rzadko, więc tak, jest ona moim jedynym sensem życia, jedynym źródłem jakiegokolwiek szczęścia, bez niej wszystko jest szare, smutne. Wiem, że mój światopogląd może być zaburzany przez uczucie jakim jest miłość, ale tak teraz czuję i myślę.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

Nie uszanowałeś jej decyzji, naciskałeś tak mocno, że ona, czując się osaczona, zupełnie się od Ciebie odcięła. Kiedy druga osoba mówi "nie", musisz to uszanować, choćby było to nie wiem jak trudne. Nie da się nikogo zmusić do relacji.

Właśnie rzecz w tym, że mimo moich starań, aby pokazać jak bardzo mi zależy, to przez większość czasu nasza relacja wciąż wyglądała tak samo, w sensie nie naciskałem na nic w rozmowach, czy coś. Po prostu sobie żyliśmy. Pierwszym "grubszym" przejawem moich starań były właśnie te kwiaty. Tak jak pisałem, Emilia źle odebrała moje intencje. Ona myślała, że to są starania o związek, że poprzez wręczenie tych kwiatów chcę jej dać sygnał, że chcę związku tu i teraz. Moje intencje były takie, żeby jej po prostu pokazać, że jest dla mnie ważna, że o niej pamiętam, nic więcej. Idąc dalej, to ona wciąż rzekomo chce utrzymać ze mną relacje, ale nie pisze dlatego, że nie chce mnie ranić tym, że nie jest w stanie być w związku. Niby mnie to raniło, ale nie aż tak, jak nie pisanie z nią w ogóle. Teraz, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że przede wszystkim to nie pragnę związku z Emilią, tylko kontaktu z nią. Wizja bycia przyjaciółmi jest smutna, ale tymczasowo byłoby to najlepsze rozwiązanie. Problem w tym, że nie wiem jak przywrócić tą relację do poprzedniego stanu (zakładam, że podejście Emilii do mnie jest wciąż niezmienne- czyli, że chce mieć kontakt, ale niekoniecznie pragnie aktualnie związku).

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

To są bardzo niepokojące objawy. I tym bardziej utwierdzają w przekonaniu, że powinieneś poszukać specjalistycznej pomocy. Samookaleczenie, myśli samobójcze, a tym bardziej próba samobójcza, to nie są przelewki. Człowieku, jeśli chcesz, żeby cokolwiek z Ciebie zostało, szukaj pomocy! I to nie w zakresie jak poderwać Emilię. Żadne, nawet najboleśniejsze odrzucenie względów przez płeć przeciwną, nie powinno doprowadzać odrzuconego do aż takiego stanu. Twoja niewyleczona depresja to problem, którym powinieneś zająć się w pierwszej kolejności. Bo doprowadzisz się do takiego stanu, że w pewnym momencie i tysiąc Emilii Ci nie pomoże...

Wiem, że moje zachowanie jest nietypowe i nierozsądne, ale aktualnie to jedyne wyjście, jakie widzę. Samobójstwo byłoby ucieczką od wszystkich problemów i cierpień, czyli byłoby czymś dla mnie pozytywnym. Jedyna pomoc jaka teraz by zadziałała, to Emilia. Nie potrzeba mi tysiąca, wystarczy jedna.

 

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

PO TRZECIE: Uporanie się z depresją, rozchwianiem emocjonalnym i problemami w kontaktach towarzyskich znacząco zwiększyłoby Twoje szanse na rynku matrymonialnym, że tak to ujmę ;) Nie mogę Ci obiecać, że Emilia będzie wiernie na Ciebie czekała do tego czasu, ale nie robisz tego dla niej, tylko dla siebie. Kobiety szukają stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa, a facet z własnymi emocjonalnymi problemami nie jest w stanie im tego zagwarantować. Nie odbierz tylko tego, proszę, jako stwierdzenia, że jesteś gorszy. Przeciwnie. To jest próba nakłonienia Cię do zawalczenia o samego siebie. Bo kiedy zwyciężysz sam ze sobą, zwycięstwa na innych płaszczyznach również przyjdą.

Emilia nie wie o moich problemach emocjonalnych, albo nie chce wiedzieć, nie wiem. Idąc dalej to tak jak pisałem wcześniej, nie trawię własnej osoby, czuję do siebie wstręt, nie potrafiłbym zawalczyć o siebie, zawalczyć o istotę, której nie jestem w stanie znieść. Aktualnie byłbym ostatnią osobą, o którą bym się troszczył i martwił.

 

 

 

Dziękuję za tak dokładną analizę mojego wpisu, bardzo to doceniam.

Share this post


Link to post
13 godzin temu, Szymonnn napisał:

Właściwie nie zwracam uwagi na to, co biorę i ile. Jak się czuję gorzej, to biorę więcej, jak lepiej, to trochę mniej. Czasami są to zwykłe leki uspokajające bez recepty, a czasami takie na receptę, z tym, że te recepty do uzyskuję po znajomości.

Przy tak poważnym stanie jak Twój [de facto uprawniającym nawet do przymusowej hospitalizacji] kurowanie się lekami bez recepty przypomina leczenie raka naparem z mięty. Czy środki na receptę jakie bierzesz to benzodiazepiny? Są znakomite, ale mają działanie jedynie doraźne i objawowe - nie wpływają na neurochemiczne przyczyny depresji, ponadto cechuje je duży potencjał uzależniający. Tę chorobę leczą antydepresanty [skądinąd mające również działanie przeciwlękowe, zatem podwójna korzyść], trzeba jednak brać je regularnie, dać im czas aby mogły zadziałać [pierwsze efekty widoczne są najwcześniej dopiero po ok. dwóch tygodniach, zazwyczaj po kilku] oraz być przygotowanym na to, że być może nie uda się dobrać właściwego leku za pierwszym razem [ani nawet za drugim czy trzecim].

O 12.10.2019 at 18:56, yiliyane napisał:

W Twoim obecnym stanie nie obędzie się bez pomocy specjalisty. Żaden forumowicz, choćby nie wiem jak chciał, nie jest w stanie Ci pomóc na odległość i bez fachowej wiedzy. Możemy jedynie próbować nakłonić Cię do tego, abyś sam przedsięwziął kroki mające na celu ratowanie Twojego zdrowia, a nawet życia. Poszukaj dobrego psychoterapeuty, który pomógłby Ci nie tylko uporać się z problemami na płaszczyźnie damsko-męskiej, ale który także nauczyłby Cię jak budować poczucie własnej wartości, i przy którym nauczyłbyś się jak odnaleźć sens w swoim życiu. Ponadto powinieneś skonsultować się również z lekarzem psychiatrą. Stan Twojego zdrowia psychicznego może być już na tyle poważny, że bez odpowiednich leków się nie obędzie. Jeśli lekarz stwierdzi, że leczenie farmakologiczne jest niezbędne, leki mogłyby pomóc Ci odzyskać psychiczną równowagę. Nie lekceważ stanu swojego zdrowia.

Zgadzam się, aczkolwiek doskonale rozumiem zarazem jak trudno jest wykonać choćby symboliczny krok na drodze do zawalczenia o siebie przy odpowiednio wysokim stężeniu nienawiści i wstrętu do siebie... @Szymonnn, musisz jednak zrozumieć, że przy obecnym stanie swojej psychiki nawet zdobywszy w końcu Emilię najprawdopodobniej nie będziesz dla niej najlepszym partnerem, sam dodatkowo będąc podatnym - przykładowo - na ewentualne manipulacje z jej strony czy wykazując nadmierną uległość.

Share this post


Link to post
5 godzin temu, Kerosine napisał:

Przy tak poważnym stanie jak Twój [de facto uprawniającym nawet do przymusowej hospitalizacji] kurowanie się lekami bez recepty przypomina leczenie raka naparem z mięty. Czy środki na receptę jakie bierzesz to benzodiazepiny? Są znakomite, ale mają działanie jedynie doraźne i objawowe - nie wpływają na neurochemiczne przyczyny depresji, ponadto cechuje je duży potencjał uzależniający. Tę chorobę leczą antydepresanty [skądinąd mające również działanie przeciwlękowe, zatem podwójna korzyść], trzeba jednak brać je regularnie, dać im czas aby mogły zadziałać [pierwsze efekty widoczne są najwcześniej dopiero po ok. dwóch tygodniach, zazwyczaj po kilku] oraz być przygotowanym na to, że być może nie uda się dobrać właściwego leku za pierwszym razem [ani nawet za drugim czy trzecim].

Benzodiazepiny były, coś pokroju "diazepamu", czy coś. Teraz "poluję" na mozarin, ale może być ciężko go zdobyć (a szkoda, słyszałem że skuteczny).

5 godzin temu, Kerosine napisał:

Zgadzam się, aczkolwiek doskonale rozumiem zarazem jak trudno jest wykonać choćby symboliczny krok na drodze do zawalczenia o siebie przy odpowiednio wysokim stężeniu nienawiści i wstrętu do siebie... @Szymonnn, musisz jednak zrozumieć, że przy obecnym stanie swojej psychiki nawet zdobywszy w końcu Emilię najprawdopodobniej nie będziesz dla niej najlepszym partnerem, sam dodatkowo będąc podatnym - przykładowo - na ewentualne manipulacje z jej strony czy wykazując nadmierną uległość.

Moim zdaniem większość moich negatywnych emocji ze mnie "zejdzie" gdybym w końcu był z Emilią, bo bądź co bądź, ale to właśnie uczucia wobec niej są w głównej mierze odpowiedzialne za mój aktualny stan (nie mówię, że to tylko przez uczucia, ale grają one główną rolę). Mogę dodać, że naprawdę nie czuję potrzeby walki o siebie, wręcz nie chcę tego robić. Jak już wyżej pisałem, jestem ostatnią osobą, o którą bym się zatroszczył.

 

Tobie również dziękuję za włączenie się do tej dyskusji ^^.

Share this post


Link to post
23 minut temu, Szymonnn napisał:

Moim zdaniem większość moich negatywnych emocji ze mnie "zejdzie" gdybym w końcu był z Emilią, bo bądź co bądź, ale to właśnie uczucia wobec niej są w głównej mierze odpowiedzialne za mój aktualny stan (nie mówię, że to tylko przez uczucia, ale grają one główną rolę). Mogę dodać, że naprawdę nie czuję potrzeby walki o siebie, wręcz nie chcę tego robić. Jak już wyżej pisałem, jestem ostatnią osobą, o którą bym się zatroszczył.

Nie, nie, nie. To tak nie działa. Niestety sam sobie wmawiasz, że lekiem na całe zło jest obiekt Twoich westchnień. Uczucie i chęć stworzenia związku nie są wystarczające, by wyleczyć Cię z depresji. Najważniejsze jest wsparcie specjalisty. Nie możesz też "obwiniać" swoich uczuć o to, w jakim stanie się znajdujesz. To niestety procesy chemiczne, zachodzące w Twoim mózgu są za to odpowiedzialne. Uczucia mogą mieć jedynie jakiś wpływ na to, co się dzieje - nigdy nie będą jednak główną przyczyną Twojego problemu. 

Share this post


Link to post

@Szymonnn, nie można prawdziwie obdarzyć kogoś miłością nie czując jej najpierw w stosunku do siebie. To zawsze będzie uczucie ułomne i otwarta furtka do toksycznego związku. Pamiętaj o tym.

  • + 1

Share this post


Link to post
3 godziny temu, Shady-Lane90 napisał:

Nie, nie, nie. To tak nie działa. Niestety sam sobie wmawiasz, że lekiem na całe zło jest obiekt Twoich westchnień. Uczucie i chęć stworzenia związku nie są wystarczające, by wyleczyć Cię z depresji. Najważniejsze jest wsparcie specjalisty. Nie możesz też "obwiniać" swoich uczuć o to, w jakim stanie się znajdujesz. To niestety procesy chemiczne, zachodzące w Twoim mózgu są za to odpowiedzialne. Uczucia mogą mieć jedynie jakiś wpływ na to, co się dzieje - nigdy nie będą jednak główną przyczyną Twojego problemu. 

Może i nie są wystarczające, ale napewno bardzo wiele by pomogły. Gdyby udało nam się stworzyć związek, to wtedy byłby nawet jakikolwiek sens, aby się leczyć; miałbym wtedy do tego motywację, osobę dla której mógłbym to robić. Bo teraz, sam dla siebie, to według mnie żadne leczenie nie ma sensu, i tak ciężko mi będzie osiągnąć jakąkolwiek równowagę (albo przynajmniej tak mi się zdaje). 

@Shady-Lane90 Tobie również dziękuję za przyłączenie się do dyskusji.

3 godziny temu, Kerosine napisał:

@Szymonnn, nie można prawdziwie obdarzyć kogoś miłością nie czując jej najpierw w stosunku do siebie. To zawsze będzie uczucie ułomne i otwarta furtka do toksycznego związku. Pamiętaj o tym

Moim zdaniem nie. Ja kochałbym ją, ona kochałaby mnie, tyle by wystarczyło (aż tyle...). Zająłbym się nią w 100 procentach, nawet nie miałbym czasu myśleć o tej niechęci do siebie. Jestem w stanie kochać innych, jednocześnie nie kochając siebie samego. 

Share this post


Link to post

Sama miłość nie wystarczy, aby utrzymać związek... ponieważ jednak jasne jest, że nie odpuścisz [oraz ponieważ wbrew pozorom rozumiem aż za dobrze logikę kierującą Twym postępowaniem], oto moja pierwsza konstruktywna - z Twojego punktu widzenia - rada: poczekaj. Nastaw się na długie czekanie, być może nawet kilkumiesięczne. W jej umyśle cała sprawa zapewne wciąż jest dosyć świeża, nie rozdrapuj dopiero co przyschniętej rany. O tym, co potem będziesz myśleć... potem.

Share this post


Link to post
2 godziny temu, Kerosine napisał:

Sama miłość nie wystarczy, aby utrzymać związek... ponieważ jednak jasne jest, że nie odpuścisz [oraz ponieważ wbrew pozorom rozumiem aż za dobrze logikę kierującą Twym postępowaniem], oto moja pierwsza konstruktywna - z Twojego punktu widzenia - rada: poczekaj. Nastaw się na długie czekanie, być może nawet kilkumiesięczne. W jej umyśle cała sprawa zapewne wciąż jest dosyć świeża, nie rozdrapuj dopiero co przyschniętej rany. O tym, co potem będziesz myśleć... potem.

Miłość jest chyba fundamentem związku, jak jest miłość, to reszta się ułoży. Chociaż z drugiej storny to nigdy nie byłem w poważnym związku, więc nie wiem jak to wygląda "zza kulis". Co do czekania, to powoli przyzwyczajam się z tym, że narazie mogę zapomnieć o jakimkolwiek kontakcie, ale co będzie, jeśli nawet po tych kilku miesiącach kontakt nie wróci i nic nie będzie w normie...tego się właśnie obawiam, że ta "rozłąka" może być niekończąca się, albo że jej podejście do mnie zmieni się przez ten czas. Moim zdaniem kluczem do tego wszystkiego byłoby dowiedzenie się co ona aktualnie myśli i czuje wobec mnie. Ale tak...z jednej strony pytanie jej przyjaciółki kolejny raz może być odebrane jako przejaw mojego tchórzostwa, a z drugiej strony rozmowa z Emilią w 4 oczy też nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo zostałbym odebrany jako natrętny, czy narzucający się...

Share this post


Link to post

Szymon podstawą związku jest nie tylko miłość.  Ale i wierność,  oddanie, poczucie bezpieczeństwa, poświęcenie,  szczerość,  uczciwość i wiele innych cech. Nie samą miłością żyje człowiek.  Chociaż wiem, że to brzmi pięknie i łatwiej w to wierzyć. 

Share this post


Link to post
21 godzin temu, Shady-Lane90 napisał:

Szymon podstawą związku jest nie tylko miłość.  Ale i wierność,  oddanie, poczucie bezpieczeństwa, poświęcenie,  szczerość,  uczciwość i wiele innych cech. Nie samą miłością żyje człowiek.  Chociaż wiem, że to brzmi pięknie i łatwiej w to wierzyć. 

Racja, ale można powiedzieć, że te cechy które wymieniłaś łączą się z miłością, wchodzą jakby w jej skład. Poza tym wiem, że byłbym w stanie zapewnić Emilii wszystko, o czym wspomniałaś (może to trochę wyglądać na zbytnią pewność siebie, ale po prostu to wiem). I przepraszam za opóźnioną odpowiedź.

Share this post


Link to post
O 15.10.2019 at 00:47, Szymonnn napisał:

Co do czekania, to powoli przyzwyczajam się z tym, że narazie mogę zapomnieć o jakimkolwiek kontakcie, ale co będzie, jeśli nawet po tych kilku miesiącach kontakt nie wróci i nic nie będzie w normie...tego się właśnie obawiam, że ta "rozłąka" może być niekończąca się, albo że jej podejście do mnie zmieni się przez ten czas.

Obawiam się, że niewiele jesteś w stanie z tym faktem zrobić - to cena za błędy popełnione w tej relacji i ryzyko jakie musisz podjąć. Prawda, że ludzkie serca zmienne są, ale na dobrą sprawę nawet teraz nie możesz mieć pewności, czy Twoja ukochana rzeczywiście "nie czuje się gotowa na związek" i mając to na uwadze "nie chce Cię ranić pisaniem ze sobą", czy jedynie nie próbuje w możliwie najdelikatniejszy sposób odsunąć się od Ciebie i zakończyć znajomość zwodząc zbyt nachalnego chłopaka okrągłymi słówkami za pośrednictwem swojej przyjaciółki [lub też czy owa przyjaciółka z własnej inicjatywy nie miesza się w to wszystko, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że po prostu tworzą wspólny front]. Pamiętaj, dziewczynę można odbić nawet gdy jest już zajęta.

9 godzin temu, Szymonnn napisał:

Poza tym wiem, że byłbym w stanie zapewnić Emilii wszystko, o czym wspomniałaś (może to trochę wyglądać na zbytnią pewność siebie, ale po prostu to wiem).

Co w praktyce mogłoby wyglądać tak, że Ty byłbyś gotów podarować jej gwiazdkę z nieba, a ona uznałaby Cię za pantoflarza [z dotychczasowego przebiegu Waszej znajomości można wysnuć wniosek, że istnieją na to całkiem spore szanse] :rolleyes: Ach, przypomina mi się historia niejakiego ser Joraha Mormonta i lady Lynesse.

O 15.10.2019 at 03:28, Shady-Lane90 napisał:

Szymon podstawą związku jest nie tylko miłość.  Ale i wierność,  oddanie, poczucie bezpieczeństwa, poświęcenie,  szczerość,  uczciwość i wiele innych cech.

W kontekście tego tematu rzekłabym, iż podstawą związku jest głębokie przekonanie o własnej wartości i zdrowa miłość do samego siebie sprawiające, że partner traktowany jest rzeczywiście jako partner, nie zaś organ bez którego nie można żyć.

Share this post


Link to post
12 godzin temu, Kerosine napisał:

Obawiam się, że niewiele jesteś w stanie z tym faktem zrobić - to cena za błędy popełnione w tej relacji i ryzyko jakie musisz podjąć. Prawda, że ludzkie serca zmienne są, ale na dobrą sprawę nawet teraz nie możesz mieć pewności, czy Twoja ukochana rzeczywiście "nie czuje się gotowa na związek" i mając to na uwadze "nie chce Cię ranić pisaniem ze sobą", czy jedynie nie próbuje w możliwie najdelikatniejszy sposób odsunąć się od Ciebie i zakończyć znajomość zwodząc zbyt nachalnego chłopaka okrągłymi słówkami za pośrednictwem swojej przyjaciółki [lub też czy owa przyjaciółka z własnej inicjatywy nie miesza się w to wszystko, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że po prostu tworzą wspólny front]. Pamiętaj, dziewczynę można odbić nawet gdy jest już zajęta.

Zbyt nachalnego...wydaje mi się, że moje zachowanie z okresu wakacji zasługiwało na takie miano. Tak jak wspominałem wcześniej, potem dawałem jej swobodę. Co do kończenia znajomości, to to wszystko ma sens i jest jakkolwiek logiczne, ale "nadzieja matką głupich".

12 godzin temu, Kerosine napisał:

 

Co w praktyce mogłoby wyglądać tak, że Ty byłbyś gotów podarować jej gwiazdkę z nieba, a ona uznałaby Cię za pantoflarza [z dotychczasowego przebiegu Waszej znajomości można wysnuć wniosek, że istnieją na to całkiem spore szanse] :rolleyes: Ach, przypomina mi się historia niejakiego ser Joraha Mormonta i lady Lynesse.

Nie wiem, czy osoba starająca się o kogoś zasługuje na miano pantoflarza. Historii nie znam, ale w tej sytuacji napewno ją sobie przybliżę, dzięki.

12 godzin temu, Kerosine napisał:

 

W kontekście tego tematu rzekłabym, iż podstawą związku jest głębokie przekonanie o własnej wartości i zdrowa miłość do samego siebie sprawiające, że partner traktowany jest rzeczywiście jako partner, nie zaś organ bez którego nie można żyć.

Moim zdaniem to nic dziwnego, że nie można żyć bez osoby, którą się kocha (wiem, że z nią nie byłem ani nie jestem, ale to niewiele zmienia). Wciąż podtrzymuję zdanie, że wcale nie muszę się kochać, ani nawet tolerować, aby potrafić stworzyć normalny związek.

Share this post


Link to post

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!


Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.


Sign In Now

  • Who's Online (See full list)

    There are no registered users currently online

  • Chatbox

    Load More
    You don't have permission to chat.
  • Recent Status Updates

  • Posts

    • Shady-Lane90
      Cmentarz dla zwierząt.
      Zapewne każdy z nas przeżył kiedyś śmierć ukochanego zwierzęcia. I zapewne dla każdego z nas była to ogromna strata.  Kiedy jednak życie uchodzi z naszych pupili trzeba zdecydować co zrobić z ich zwłokami. Stąd też pomysł na ten temat. Czy w Waszych okolicach istnieją cmentarze dla zwierząt? Czy ktoś z Was pochował w takim miejscu ukochanego przyjaciela rodziny?  A może wychodzicie z założenia, że ciało martwego zwierzęcia należy zutylizować, pozostawiając je u weterynarza? O
    • arabeska
      Dom - wystrój
      W jakich salonach kupujecie płytki i wyposażenie do łazienki?
    • Bloody.
      moja depresja i dziwne fobie
      Nie masz 18lat także idąc do psychiatry na NFZ musisz poinformować mamę. Przynajmniej w moim przypadku tak było.   A telefon zaufania? Fora psychiatryczne? 
    • mateusz321
      moja depresja i dziwne fobie
      To wszysto już mnie przerosło 10 razy. Nie potrafię zebrać myśli, boje się każdego kolejnego dnia nie chce już być z tym wszystkim sam. Nie byłbym w stanie poradzić sobie żyjąc ze świadomością ze ludzie wiedza o mnie za duzo a ja nie wiem o nikim nic. 
    • Shady-Lane90
      Co nosicie w portfelu?
      Karty lojalnościowe, gotówkę, zdjęcia rodziców i fotkę szanownego Pana -  @Kalafior_Grozy! Przyjaciel zawsze blisko!  Jest jeszcze karteczka z listą badań krwi, jakie muszę robić co miesiąc.