yncydent

Życie po sąsiedzku.

Recommended Posts

W swojej rodzinnej miejscowości znam wszystkich ludzi z okolicy (dosłownie wszystkich od tych starszych po kilkuletnie dzieci, które do młodszej siostry przychodziły się bawić, ale jako, że to miejscowość mała, to tych ludzi też wielu nie ma). Relacje między nami są różnie. Na temat niektórych osób mogłabym książki pisać, z innymi tylko się mijamy ledwo "dzień dobry" rzucając, a jeszcze inni to całkiem mili ludzie, z którymi zawsze zamienisz parę słów, jednak głównie o pogodzie czy o życiu innych sąsiadów - w końcu w takich małych mieścinach poplotkować wszyscy lubią. Czasami pojawiały się problemy, ale mimo wszystko zawsze czułam się tam bezpiecznie, mogłam wracać po nocach od znajomych i wiedziałam, że w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa furtki innych są otwarte, a jak nie to przez płot wystarczy przeskoczyć i w okno kamieniem rzucić a zaraz znajdzie się ktoś kto ci pomoże.

Z kolei miejscowość gdzie wynajmuję aktualnie mieszkanie to sprawa zupełnie inna. Po pierwsze jestem tu od niedawna i nie miałam jeszcze okazji bliżej nikogo poznać. Owszem, kojarzę ludzi z klatki, dzień dobry zawsze sobie mówimy, ale raczej nic ponadto. Do jednej kobiety - drzwi obok - kiedyś ze współlokatorką pukałyśmy bo się nam wina zachciało a korkociągu nie miałyśmy. Jedną sąsiadkę z góry kojarzę, bo co wraca ze spaceru z psem i akurat mnie mija w przejściu to wciska mi katalogi Oriflame i pyta czy czegoś mi nie zamówić. Z inną kobitą mam trochę na pieńku, bo niechcący o mało jej psiaka w rozmiarze mini-mini nie zabiłam, ale po prostu nie zauważyłam, że stoi mi pod nogami tym bardziej, że siatkami po zakupach byłam obładowana. Tak się w skrócie przedstawiają moje relacje z ludźmi z bloku gdzie aktualnie mieszkam. Szczerze się przyznam, że nawet nazwiska żadnego nie kojarzę, tylko twarze i parę imion. Inna sprawa, że nie lubię ani tego osiedla, ani ogółem tej miejscowości, źle się tutaj czuję i nawet mnie nie ciągnie do poznawania ludzi z okolicy. Dłużej niż najbliższych parę miesięcy i tak tutaj nie zostaję, więc wątpię czy coś się zmieni w moich relacjach z sąsiadami. Może w nowym miejscu będzie lepiej.

Share this post


Link to post

Nie znam najlepiej swoich sąsiadów. Jeśli o moją klatkę chodzi mogę z całą pewnością stwierdzić, że kojarzę trzy rodziny [a właściwie nie tyle one, co ich pojedynczych członków - przy czym w zdecydowanej większości nie znam ani ich imion, ani nazwisk i ogólnie moja wiedza na ich temat jest symboliczna]. Regularne kontakty utrzymujemy [a raczej mój dziadek i moja mama utrzymują] tylko z jedną osobą - starszy pan o mocno zdeformowanym kręgosłupie przychodzi do nas raz lub dwa razy w tygodniu. Kilka klatek dalej mieszka moja nauczycielka historii z gimnazjum [z którą jednak nie bardzo mam ochotę utrzymywać jakiekolwiek relacje] i to by było wszystko.

Ot, mrówkowiec - przestrzeń z pewnością nie sprzyjająca nawiązywaniu bliskich relacji z sąsiadami. Trzeba jednak przyznać, że i my sami po sprowadzeniu się doń nie zabiegaliśmy o nie zbytnio [szczególnie babcia - najbardziej paranoiczna z nas wszystkich]. Mam też wątpliwości, czy aby na pewno inni powinni starać się nawiązać kontakt z nami, ale to już osobny temat.

Share this post


Link to post

Za sąsiadów mam pijaczków, których kiedyś słychać było dość często, teraz wcale (cóż, starość). Znają z pewnością doskonale mój gust muzyczny i zdolności wokalne, ale nie skarżą się. I to jest wystarczający powód, by ich lubić, bo zdarzyło mi się mieszkać w kamienicy z bufonami, którzy przyszli w nocy, bo słuchałam z tatą trochę głośniej Nosowskiej.

W ogóle ich nie widać na ulicy, poza Mirką, z którą zdarza mi się minąć i wymienić niepotrzebną gadkę o pogodzie. Chyba bardzo mnie lubi, bo zawsze patrzy z jakimś zachwytem (pewnie myśli, że ciągle podróżuję).

Czasem latem gdy otworzy się okno, z ich ogrodu powieje smrodem, ale to w zasadzie niewielki ślad po awanturniczym stylu ich życia sprzed kilkudziesięciu lat, o którym słyszałam jedynie z opowiadań.

Obok stoi budynek mieszkalno-usługowy. Nie mam pojęcia co to za ludzie, zawsze w nocy świeci się telewizor. Czasem dojrzę dziecko w oknie myjące zęby.

W dzieciństwie za to mieszkałam w czteropiętrowym bloku, gdzie dokładnie pod moim pokojem znajdował się serwis z charakterystycznym dzwoneczkiem przy otwieraniu drzwi, który budził mnie każdego wolnego ranka dokładnie przed dziewiątą. Nade mną zaś mieszkała rodzina ze starym niewidomym jamnikiem, który nie potrafił nigdy znieść pustego mieszkania, więc przez cały poranek wył.

Obok znajdowało się mieszkanie dwóch starszych kobiet - matki i córki ograniczonej umysłowo, u których panował niewypowiedziany smród. Za każdym razem gdy znajdowało się w ich pobliżu, myślało się o tym, jak oddychać, żeby nie oddychać. Córka prawie nie mówiła, a matka miała lekką manię na punkcie swoich kwiatków od strony podwórka, i gdy nie daj boże wpadła nam w nie piłka, zamieraliśmy z przerażenia.

Wtedy sąsiadów znało się całkiem dobrze, a także plotkowało o nich, więc jako dziewczynka często czułam się niezręcznie odpowiadając na standardowe pytania przy każdym przejściu progu drzwi do koleżanek ("Tata pracuje?", "Co u ciotki?", "A mama ile tam zarabia?", "Wyprowadzacie się?", "Dziadkowie kupili już ten dom?"...) W bloku była też dewotka z synami, których nie znosiłam, pan który sprzedawał proszki z Niemiec, klawisz sprowadzający samochody (tak, z Niemiec), przemądrzała starsza pani z pieskiem, która miała obok ogródek i wyjadała nasze winogrona.

No i ci z sąsiednich bloków. Była taka Kąsowa - starsza kobieta z koszmarów, czyhająca za firanką, nienawidząca dzieci, zawsze na straży publicznego trawnika, po którym zabraniała chodzić. Kiedyś zagroziła, że zabierze mi rowerek i wsadzi mnie do piwnicy. Napisała też o nas do lokalnej gazety, w której widniało zdjęcie grupki dzieciaków siedzącej przy osiedlowym Don Juanie grającym na gitarze.

Był też pan, który wiecznie pucował swój samochód, pan z lokalnego radia, pan budowlaniec-artysta nazywający mnie Prosiaczkiem i jego żona psycholożka, która z gestu ręki odczytywała wszelkie kompleksy; przyjaźniłam się z ich córkami. Byli także bliźniacy, z których jeden zawsze nosił grzebyk w tylnej kieszeni spodni.

Mieszkałam jeszcze w kilku innych miejscach, może kiedyś dopiszę resztę.

Share this post


Link to post

Sąsiadów z pierwszego bloku jak i całego osiedla znałem, co nie dziwne gdy były to wtedy nowe bloki, każdy się wprowadzał dzieciaki rosły razem. Po przeprowadzce na drugie mieszkanie miałem z jakieś 15 lat, swoich znajomych z którymi utrzymuję kontakt, więc jakoś nie zależało mi na zawieraniu znajomości z młodszymi ode mnie.

Bez bicia powiem, że sąsiadów kojarzę, nie znam z nazwiska. Nie do końca wiem pod którym numerem mieszkają, bo mnie takie rzeczy nie interesują, zwłaszcza teraz gdy jestem w domu 3 razy w roku.

Z jednym sąsiadem mam wojnę, bo jest nastawiony anty do wszystkiego, gada głupoty na tematy, a nie lubię gdy ktoś w kaszę mi dmucha.

Z sąsiadką naprzeciwko jestem chyba w najlepszych stosunkach, rozmowy, odwiedziny, pomoce.

Co do mieszkania w mieście studenckim, tutaj to już w ogóle nie mam kontaktu. Jeżeli spotkam kogoś na klatce to się odpowie "dzień dobry" nic więcej, bo i po co, skoro nie będę mieszkał tam wiecznie.

Share this post


Link to post

Na studiach mój pokój ulokowany był tak, że chyba gorzej nie można. Najgłośniejszą sąsiadką była mi winda, za którą w pewnym momencie zatęskniłam gdy przyszli panowie z serwisu, a ja musiałam zapylać na nogach aż na piąte piętro. Nad moim pokojem znajdował się pokój uroczo wrzeszczącego dzidziusia, który bardzo lubił budzić swoich rodziców, a przy okazji i mnie. W tym samym bloku mieszkała też kobieta, która codziennie parkowała swój samochód przez około dwadzieścia minut. Obawiam się, że traciła więcej paliwa przy parkowaniu, niż gdy jeździła swoim małym wozem po mieście. Oglądanie jej "W tył w przód, w tył w przód" było lepsze od "M jak Miłość". Reszta sąsiadów była mi nieznana. Pamiętam jednak, że co wtorek przyjeżdżał pan z jajami, które chciał sprzedać każdemu, kto otworzył mu drzwi. Nie był sąsiadem, ale miał jaja i to było bardzo zabawne.

Innym razem moimi sąsiadami byli tylko córka właściciela kamienicy i jej rodzina z uroczo wrzeszczącymi dziećmi. I znowu pech, bo te dzieci uprawiały wrzaski centralnie nad moją najczęściej już śpiącą głową.

Obecnie z nazwiska znam tylko jednych sąsiadów. Ona lubi obdarowywać mnie pierogami i cuchnącymi perfumami. Mam też sąsiadów, których znam z imienia. Lubię tylko jednego, bo kosi mi trawę tam, gdzie nie kosi jej ten drugi.

Share this post


Link to post

W swoim prawie 30-letnim życiu mieszkałam w różnych miejscach. Przez pierwsze kilka lat w domu jednorodzinnym z babcią. Przez kolejne naście - w bloku. W wieku 17 lat zamieszkałam w domu jednorodzinnym, który powstał dzięki samozaparciu i heroicznej pracy mojego taty. W międzyczasie jednak wyprowadzałam się kilkukrotnie - a to na studia, a to do "miłości mojego życia". Na studiach również mieszkałam w domu jednorodzinnym. W Legnicy dzieliłam z lubym małą kawalerkę i przyznam szczerze - trafiał mnie szlag!

No ale to nie ten temat. Pora przejść do sedna.

Podczas mieszkania w bloku sąsiedzi często się zmieniali. Ktoś się wyprowadzał, by po chwili wprowadził się ktoś nowy. Moim sąsiedzkim koszmarem było starsze małżeństwo, mieszkające za ścianą. O wszystko robili problemy, a ja w aktach szczeniackiej zemsty katowałam ich rapem w wakacje 2004 roku. Nie mam nic do starszych osób, absolutnie. Jednak kiedy zaczepia Cię sąsiadka na klatce schodowej i mówi, że "masz ciszej myć zęby, bo ona wszystko słyszy u siebie", to coś w Tobie pęka.  To właściwie byli jedyni sąsiedzi, z którymi były problemy - nie licząc oczywiście patologii, która imprezowała obok w klatce codziennie, przez to codziennie odwiedzała mój blok policja ;D

Takie problemy zażegnałam w 2007 r., po przeprowadzce do domu jednorodzinnego. Odnalazłam w nim... błogi spokój! Mój dom otacza las, a najbliższych sąsiadów mam około 150 metrów od siebie. Początkowo na moim "osiedlu" stało 5 domów. Teraz ta liczba nieco się rozrosła, jednak otaczają mnie przyjaźni ludzie, którzy nie są problematyczni. Większość z sąsiadów nawet lubię. Chociaż są dwie rodziny, które toczą wojnę między sobą odkąd pamiętam, ale reszta sąsiadów (w tym my) nie bierze w tym udziału. 

Share this post


Link to post

Śmieszna sprawa, bo mieszkam właśnie w lesie i żaden dom nie stoi stricte obok mojego, to jest moich rodziców. Ale sąsiadami nazywamy mieszkańców najbliższych zamieszkanych domów, rodzinę szefa mojej mamy oraz rodzinę znajomego brata. Prawdę mówiąc nikt z nich mnie specjalnie nie obchodzi, chociaż ci drudzy mieli przez jakiś czas świetnego kota. Który żył na zewnątrz, także niestety też dosyć krótko.

Ostatnio też na naszej ulicy zaczęły powstawać dwa nowe domy. O jednym nic nie wiem, drugi jest już prawie skończony i należy do pani, która podobno ma dwie córki i mocno katolickie poglądy stojące w zdecydowanej sprzeczności z prostytutką czasem pojawiającą się w okolicy. Ostatnio jej nie widziałam, więc może ją gdzieś zgłosiła, kto wie.

Ogólnie brak sąsiadów jest miły, nie ma awantur, no bo z kim. Nie żeby dawało mi to możliwość jakiegoś szaleńczo głośnego zachowania, bądź co bądź nie żyję sama. :P

Share this post


Link to post
O 19.07.2015 at 19:15, Kerosine napisał:

Nie znam najlepiej swoich sąsiadów. Jeśli o moją klatkę chodzi mogę z całą pewnością stwierdzić, że kojarzę trzy rodziny [a właściwie nie tyle one, co ich pojedynczych członków - przy czym w zdecydowanej większości nie znam ani ich imion, ani nazwisk i ogólnie moja wiedza na ich temat jest symboliczna]. Regularne kontakty utrzymujemy [a raczej mój dziadek i moja mama utrzymują] tylko z jedną osobą - starszy pan o mocno zdeformowanym kręgosłupie przychodzi do nas raz lub dwa razy w tygodniu. Kilka klatek dalej mieszka moja nauczycielka historii z gimnazjum [z którą jednak nie bardzo mam ochotę utrzymywać jakiekolwiek relacje] i to by było wszystko.

Ot, mrówkowiec - przestrzeń z pewnością nie sprzyjająca nawiązywaniu bliskich relacji z sąsiadami. Trzeba jednak przyznać, że i my sami po sprowadzeniu się doń nie zabiegaliśmy o nie zbytnio [szczególnie babcia - najbardziej paranoiczna z nas wszystkich]. Mam też wątpliwości, czy aby na pewno inni powinni starać się nawiązać kontakt z nami, ale to już osobny temat.

Niestety wspomniany starszy pan już nie żyje, co za każdym razem gdy z tego lub innego powodu nawiedza moje myśli wywołuje we mnie smutek - nie do końca natomiast wiem, kogo właściwie miałam na myśli pisząc te pięć lat temu o pewnych członkach trzech rodzin. Hmm [dobra, po dłuższym namyśle jestem w stanie określić dwie (?) osoby].

Poza tym na dobrą sprawę w temacie niewiele się zmieniło, paradoksalnie mam jednak mniejsze niż dawniej poczucie anonimowości [i nie oceniam tej zmiany jako pozytywną]. Moje najbliższe sąsiedztwo - lokal położony bezpośrednio nad naszym - z całą pewnością wzbogaciło się natomiast o niekoniecznie zadowolonego z przymusu zamieszkiwania ciasnej klitki wilczura, co powoduje, że za każdym razem gdy spotykam któregoś z jego właścicieli* wyprowadzających go wreszcie na dwór mam ochotę zadać im pewne bardzo obcesowe pytanie [co jednak na bank nie wpłynęłoby dobrze na nasze wzajemne stosunki]. Drażnią mnie również wieczorne śmichy-chichy i głośne rozmowy [czasami po prostu - odgłosy bydła] dobiegające często latem z sąsiednich balkonów / mieszkalnych wnętrz.

* nie umiem powiedzieć czy zasiedziałych lokatorów, czy jakiejś nowej rodziny

Share this post


Link to post

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!


Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.


Sign In Now

  • Who's Online (See full list)

    • pastelki
    • VladekBadek
    • Ernix
    • Ylx
    • Gloria
    • Jogerka
    • alegoria
  • Chatbox

    Load More
    You don't have permission to chat.
  • Recent Status Updates

  • Posts

    • yiliyane
      Jaka muzyka teraz u Ciebie leci?
      Cat Pierce - Go To Hell
    • WszyscyZginiemy
      Wzywam Cię do odpowiedzi!
      Wybacz, myślałam że wybrałam jeden poważniejszy i jeden luźniejszy temacik... Nominuję @Martusiaaaaaa92 lub/i  
    • WszyscyZginiemy
      Kreowanie swojego internetowego wizerunku
      Główną różnicą pewnie jest to, że formie pisanej znacznie łatwiej wypowiadać się w bardziej zdystansowany sposób, przez co nie tak emocjonalny sposób... a ja jestem bardzo emocjonalną osobą. Więc moim wypowiedziom "w realu" towarzyszy dużo słyszalnych zmian w moim tonie głosu, zależnych od moich odczuć na dany temat, dużo gestykulacji i że jestem osobą gadatliwą czasem odbieganie od, czy wręcz gubienie wątku. Czy coś jeszcze? Ciężko stwierdzić, mimo że nie staram się niczego kreować niczego
    • Ernix
      Szokujące maile mojej dziewczyny_ prośba o opinie
      Wlasnie chodzi o to, jakos ciagle mam to z tylu glowy nie mam pojecia jak sie do tego ustosunkować co myslec, jest to dla mnie dziwne i szokujace ( ona mowi ze tylko tak napisala i ze to nie prawda ) watpliwosci minely gdy przestala p tym myslec ale ja nie wiem.... nie jestem jakims zadziornym katolikiem nawet nie wiem czy wierze a tu take cos nigdy nie mialem z taka sytuacja stycznosci i nie wiem co mam o tym myslec.   Ona rowniez nie jeat osoba ktora co niedziele chodzi do kosciola,
    • Gloria
      Szokujące maile mojej dziewczyny_ prośba o opinie
      To o co chodzą z tą Twoją blokadą? Boisz się czegoś? Coś Cię niepokoi? Czy to chodzi o to, że to Bóg ją "uzdrowił" i masz co do tego mieszane uczucia?