Jump to content

Wasz wybór - Wasze życie


MC-arcin

Recommended Posts

Jak dobrze wiemy, w różnych domach są różne sytuacje. W każdym domu rodzice mają inne podejście do dzieci. Jedni bardziej wtrącają się w nasze życie i próbują (albo po prostu to robią) poukładać je - zazwyczaj po swojemu, inni bardziej przyglądają się z boku pomagając tylko podczas ciężkich wyborów - inni zaś kompletnie się tym nie interesują...

Jak jest u Was?

Jak wygląda wasza droga zyciowa - jak bardzo ingerowali w nią rodzice? Sami podejmowaliście swoje kroki i odkrywaliście pasje i podążaliście za nimi? Rodzice wam odradzali jakiś kierunków w życiu, zmuszali was do podjęcia takich a nie innych kroków w swoim życiu? A może po prostu sytuacja życiowa zmusiła Was do bycia takim a nie innym?

U mnie to np wyglądało w ten sposób, że... mimo wszystko dostałem się na wymarzone studia - ok, może bardziej na wymarzoną uczelnię aczkolwiek kierunek okazał się być mi bardziej przychylny. Decyzja w sumie była moja, ale wiem dobrze, że rodzice mogli się nie zgodzić. Było tak wówczas gdy chciałem iść do liceum plastycznego - nie zgodzili się bo stwierdzili, że po tym mam bardzo ograniczony wybór co do studiów - mimo, że wiedziałem, że akurat ze sztuką chciałbym związać swoje życie. Mimo to wybili mi to z głowy i wylądowałem w LO gdzie cała moja rodzinka się przewinęła i wlokłem się przez 3 lata na pieprzonym bio-chemie, z którego dzisiaj oprócz jakiegoś echa wiedzy nic nie mam. Też bardzo kocham muzykę i początek LO był jakimś trochę przełomem gdzie muzyka wypełniała bardzo dużo czasu w moim zyciu i chciałem iść też do muzycznej - ciągnąć dwie szkoły na raz. Oczywiście pomysł moim rodzicom się nie spodobał... Mimo wszystko postawiłem na swoim - wróciłem do pierwotnego planu związania się ze sztuką i gdy udało mi się znaleźć architekturę wnętrz na ASP - a wiadomo to już brzmi o wiele lepiej niż (bez obrazy dla studiujących) np malarstwo i coś po tym można robić - choć i tak wiele wątpliwości mieli. Mimo wszystko dopiąłem swego i udało mi się pójść w kierunku, którym sam wybrałem. Jestem usatysfakcjonowany ze studiów, nawet udało mi się podłapać pracę wakacyjną w zawodzie i wiem, że to jest to co naprawdę w życiu chcę robić i w czym się spełniam :)

Jeszcze kilka pytań... Jeżeli rodzice Wam ustawiają życie wbrew Waszej woli i Waszym planom to jak z tym walczycie?

Czy jest ktoś kto poszedł w inną drogę niż mu rodzice wybrali i dzisiaj tego żałuje? Jego własne plany życiowe okazały się być stratne i złudne?

A kto z Was dowiódł, że rodzice racji nie mieli? I warto było słuchać samego siebie...? :)

zapraszam do dyskusji :)

Link to comment

Wychowałam się z babcią i dziadkiem, mama mieszka w Niemczech i w zasadzie nie ingerowała w moje decyzje w żaden inny sposób niż poprzez dawanie rad. Dziadek również się nie wtrącał, jedynie babcia chciała, aby wszystko potoczyło się inaczej i twardo przerzucała wszystkie doświadczenia z moją matką na mnie. Wybrano za mnie właściwie jedynie podstawówkę, kwestia gimnazjum była mi obojętna, więc też nie opierałam się przy babcinej propozycji. Liceum wybierałam najzupełniej samodzielnie, babcia trochę narzekała, że nie technikum, ale wiedziała już chyba wtedy, że za bardzo bliskie było mi decydowanie o sobie, aby w to wkraczać.

Jej ingerencje dotyczyły zwykle właściwie głupot, jak to, że przez większość podstawówki musiałam mieć wiecznie związane włosy, bez czapki i szalika w zimie nie zostałabym wypuszczona nawet do szkoły, a do osiemnastki nie mogłam w żaden sposób przeforsować choćby jednego nocowania u koleżanki. Co oczywiście przyniosło skutek "to teraz szalejemy!" - trzy miesiące po osiemnastce pojechałam na koncert do Warszawy jeszcze w trakcie roku szkolnego, w domu stałam się raczej gościem. Nie było to trudne, szczególnie że mama zawsze stoi za mną murem, a babcia daje się pokonać. Nie trwało to też długo, aż wybrałam życie na sublokatorce zamiast w domu, choć przeniosłam się dosłownie 10 minut tramwajem od niej.

Czasem trochę żałuję, szczególnie, że teraz bardzo źle mi się układa, a zostałam rozpieszczona i niełatwo jest mi odnaleźć się w sytuacji, kiedy robię "piątą klasę liceum" i mam problemy finansowe. Na pewno byłoby o wiele prościej, gdyby rodzina narzuciła mi w odpowiednim czasie więcej dyscypliny i zamiast kupować, co tam chciałam, dawała pieniądze i nieśmiertelne stwierdzenie - chciałaś, to gospodaruj. Ale nie zrobili tego. Mam więcej więcej wolności, niż mi potrzeba, a zaradności jak na lekarstwo.

Link to comment

Moi rodzice nigdy nie narzucali mi niczego (dalej tak jest). z jednej strony wspieraja mnie finansowo, ale z drugiej zawsze mialam wrazenie, ze malo ich obchodzi moje zycie. i mi to odpowiada, kazdy w naszej rodzinie ma swoje sprawy, swoje problemy, nie rozmawiamy o uczuciach, lękach itp.

czasami mam wrazenie, ze jestem swego rodzaju krolikiem doswiadczalnym. nigdy nie chodzilam na zadne dodatkowe zajecia z woli rodzicow, tylko jak bylam mlodsza kazali mi sie uczyc^^ ale to podstawowka, po niej nie zwracali uwagi na moja edukacje. wiedzieli, ze mi zalezy i sama sobie narzuce tempo. w gimnazjum bylam scislowcem i byloby tak dalej gdyby mnie przycisneli w wyborze klasy w liceum. ale zostalam malym filozofem i poszlam na kierunek, ktory nie daje zadnych perspektyw. o miasto musialam troche walczyc, ale sie uparlam. wiec mozna powiedziec, ze w pelni wybralam swoja droge zyciowa sama. nie wiem co by ze mna bylo gdyby ktokolwiek w jakimkolwiek momencie zycia narzucil mi jakas decyzje. czuje sie wystarczajaco przytloczona bez tego.

czy zaluje? bylabym calkiem inna osoba, gdybym nie przesiedziala calego liceum nad filozofia, gdybym teraz nie miala na studiach kursow z tak wielu zakresow. i gdybym nie poszla na kierunek bez perspektyw prawdopodobnie przy okazji nie dowiedzialabym sie, ze zeby zarabiac duze pieniadze z moja wiedza wystarczy tylko sie rozejrzec. a moze i tak bym do tego doszla? nie wiem. w kazdym razie jestem wdzieczna rodzicom za calkowity brak nacisku z ich strony. kosztowalo ich to troche nerwow i pieniedzy, ale chyba nie mogli ze mna zrobic nic lepszego.

Link to comment

Taty prawie nigdy nie ma w domu, więc w nic nie ingeruje, nie ma na mnie wpływu jakiegokolwiek. Mama za to ingeruje w każdą jedną dziedzinę mojego życia, od chodzenia spać (22.00 i ani minuty później w tygodniu!), aż po hobby, zainteresowania. Dodatkowe zajęcia? OK, ale tylko związane ze szkołą albo takie, dzięki którym mama będzie mogła zaszpanować tym, że ma zdolną córkę (tańce, ale tylko, jeżeli mam występować w pokazach oraz tenis stołowy, jeżeli są organizowane zawody). Tak poza tym mam siedzieć w domu, uczyć się, ewentualnie mogę sobie muzyki posłuchać, TV pooglądać, przy kompie posiedzieć, poczytać czy iść na inny spacer.

Co do drogi życiowej - od III klasy podstawowej chciałam iść na psychologię, nawet LO wybrałam z myślą o tym (inna sprawa, że nie miałam możliwości iść do innej placówki, niż ta, w której się uczę). Oczywiście, mama niezadowolona, bo jakże to tak - choć dziś jej za to dziękuję, bo ile jest absolwentów tego kierunku i jaki procent z nich znajduje potem pracę w zawodzie, to się orientuje każdy przynajmniej mniej więcej. Potem, już bliżej LO, zaczęłam się jednak wahać i rozglądać, czytać o innych kierunkach studiów, wszystko, co wydało mi się fajne, ciekawe dla mnie, mamie się nie podobało. Wpadła na pomysł, żebym studiowała historię, bo przecież 'masz same piątki'. Jak jej powiedziałam, że oceny, które dostaję w gimnazjum, nic w tym momencie nie znaczą i nie powinny o niczym decydować, to się wkurzyła i powiedziała, że w takim razie ja mam znaleźć sobie taką pracę, żebym pracowała z komputerem i to w domu. Doprowadziła mnie tym do furii. W LO pokochałam języki obce i to także spotkało się z niechęcią - bo teraz takich ludzi pełno, bo nie ma pracy, bo ja sobie nie poradzę. Niestety, teraz jestem już uparta na tyle, że powiedziałam KONIEC, nie będziesz mną rządziła w jakikolwiek sposób. Stwierdziła nagle, że angielski warto znać na bardzo dobrym poziomie, nawet korepetycje mi załatwiła, żebym mogła przystąpić do matury rozszerzonej. O niemiecki była awantura, że głupia jestem, że nie dam rady, że uczę się trzeci rok i co z tego, że mi dobrze idzie i lubię. Niedawno przyznałam się jej, że chodzę na fakultety przygotowujące do matury z tego języka, od tej pory patrzy na mnie jak na robala tudzież upośledzoną psychicznie.

Nie mam dla niej wdzięczności za takie podejście do mnie, wręcz uważam, że mnie tym krzywdzi, jako matka powinna mnie wspierać, pomagać w znalezieniu jakiegoś hobby, żebym się nie nudziła, a jeżeli naprawdę któryś z moich wyborów byłby głupi, powinna mi doradzać i to spokojnie, a nie stawiać sprawę tak: 'albo to, albo nic, bo ja się na nic innego nie zgadzam'.

Link to comment

Moi rodzice mogli mi czegoś zabraniać dopóki byłam niepełnoletnia, teraz tylko wyrażają jakąś swoją opinie, mogą mi powiedzieć, że coś robię ich zdaniem źle, ale niczego mi nie zabraniają.

Jeśli chodzi o lata bardziej młodzieńcze - nie pozwalali mi czasem iść na jakąś impreze, wracać bardzo późno w nocy, jechać na wakacje z chłopakiem sam na sam na początku liceum itp ale jeśli chodzi o ważne decyzje typu wybór szkoły pogimnazjalnej , wybór tego co mam zdawać na maturze czy do jakiej pracy iść zawsze uważali, że to mój wybór i nigdy mi niczego nie narzucali. Owszem, mogli doradzić ale i tak ostateczna decyzja należała do mnie. Miałam pełną dowolność. Uważam, że to idealny układ. Przynajmniej nigdy nie będę mieć żalu do rodziców, że robię w życiu coś, do czego zostałam przymuszona.

Link to comment

Moi rodzice nigdy mi niczego nie narzucali, chcieli bym to ja sama wybrała sobie kierunek w życiu, spełniała swoje marzenia, wybrała zawód itp, bylebym była tyko zadowolona ze swoich wyborów i spełniona w tym co będę robić. Dawali mi kilka rad, najbardziej tata, ale to były raczej dobre rady niż narzucanie się i mówienie zrób to i to. Uważam, ze wybieranie przyszłej kariery za swoje dziecko jest głupie, ponieważ czyni je marionetką w rękach rodziców. Po co zmuszać kogoś do robienia czegoś czego może nie polubić. Rozumiem,z e rodzice są lekarzami, kochają to robić i marzą, aby ich dzieci tez były takie ambitne itp, ale dziecko może się wcale nie interesować lekarzami itd. Gdyby rodzice zmusili dziecko do pójścia na dany kierunek, a dzieciak wcale by tego nie lubił to tylko by się męczył i marnowałby sobie życie. Dodam także, ze podejmowanie przez rodziców decyzji za dziecko może sprawić, ze potomek nie będzie sobie radził sam w życiu, nie będzie umiał samodzielnie podejmować decyzji, będzie po prostu życiowym ciamajdą.

Link to comment
Guest Anonymous

Planów co do szkoły i studiów nigdy mi nie narzucano, wszystko było moim świadomym wyborem, ponieważ moi rodzice jako ludzie dość prości (wychowani na wsi, musieli ostro pracować i nie mieli czasu i chęci na edukację) nie znali się na tym na tyle, aby mi doradzać i nie chcieli mi zaszkodzić. Nie zabraniano mi wychodzenia do kolegów i wracania późnymi wieczorami, nie miałem chyba nigdy aresztu domowego, mimo rozrabiackiej natury chyba mi w pełni ufali. Jest jednak jedna jedyna rzecz, którą na mnie wymuszano i jestem teraz za to niezmiernie wdzięczny - praca. Co tu ukrywać, od małego byłem leniem, wymigiwałem się jak tylko mogłem, jednak matka konsekwentnie "zmuszała" mnie do nieraz bardzo ciężkich jak na mój wiek prac, to koło domu trzeba porąbać drewno, to przerzucić węgiel, to jechać i pomóc w lesie, przenieść jakieś palety. Nie podobało mi się to bardzo, ale wszystko to dla mojego dobra. Wielkim też pozytywnym wpływem było przymuszenie mnie do pomagania bratu w robocie, której z początku wręcz nienawidziłem i bardzo się stawiałem. Potrzebował on pomocy ze względu na to, że jeżdżąc z naszym wujkiem (wielkim szefem, który ma 2 lewe ręce i tyle dobrego, że znajomości dzięki którym załatwia nam zlecenia) był zdany praktycznie tylko na siebie, co w tym fachu często prowadzi do pomyłek i awarii, a ja się na wszystkim jako tako znam i "to przecież mój brat". Początkowo negatywnie nastawiony, szybko zmieniłem humorki i zacząłem dostrzegać, że ma to same plusy - dobre pieniądze, jadę kiedy mam czas, zdobywam doświadczenie, a sama robota nie jest trudna (no i tankują mi samochód :mrgreen: ).

Co więc o tym wszystkim myślę? Patrząc na najlepszych kumpli, z których tylko jeden tak jak ja pracuje cokolwiek od dziecka, wyrósłbym pewnie na kosmicznego nieroba. A tak potrafię zrobić prawie wszystko w domu i poza nim, jestem osobą wszechstronną i mam inne podejście do wielu spraw. Czasami potrzebne jest takie ukierunkowanie, bo idąc beznamiętnie własną ścieżką często można się pogubić. Najważniejsze decyzje trzeba jednak podejmować samemu.

Link to comment

ojej temat do uzewnętrzniania się :mrgreen: ale super,huahuahua :mrgreen:

Moja mama ma OGROMNY żal do swoich rodziców, że Ci nigdy jej nie wspierali, nie interesowali się, nie pomagali. Wbiła sobie do głowy taki obrazek- że zawsze musiała sama brnąć przez świat. Czy tak było teraz trudno rozstrzygnąć.

Ważne , że w związku z tym ma pierdolca na temat swoich dwóch córek. Że trzeba pomóc, że trzeba pokierować, że się trzeba interesować - aż do bólu. Na dodatek, jestem z domu artystki i naukowca- i jakkolwiek głupio to zabrzmi "normalna praca" była czymś egzotycznym i mam wrażenie, że obojgu rodziców zależało, zebym przypadkiem nie została księgową, bo jak to?! W ogóle co robią księgowe?

Więc to co dla jednych jest zupełnie normalną przyszłością u mnie w domu było egzotyką a to co dla innych jest nieśmiałym marzeniem ja miałam wpychane do gardła praktycznie na siłę.

Wystarczyło, ze jako 6 latka sama wykminiłam jak zagrać kilka melodyjek na cymbałkach- rok później już zdawałam egzamin do szkoły muzycznej, mówiąc, że "mama mówiła, że najlepiej grać na skrzypcach".

W ogóle nie jestem za to zła akurat, to była jedna z lepszych decyzji mojej matki, choć wygląda to kiepsko, że 6 letnia marionetka.

Matka wszystkie moje laurki składowała i kiedy tylko przyszedł moment gdy zrezygnowałam ze skrzypiec- już miała na kartce spisane milion kontaktów za zajęcia plastyczne/ szkoły rysunku/ kursy architektoniczne.

Bez kitu, jakby całe życie na to czekała.

I dostawała na tym punkcie pierdolca- cały dom był obwieszony moimi rysunkami, moim zdaniem raczej kiepskimi dodam, ale miłośc matki najwyraźniej przekracza granice szpetności ;)

Sama się połapałam, że żaden ze mnie artysta i zrezygnowałam ze zdawania na ASP.

Do tej pory matka nie może mi wybaczyć. To samo dziadkowie.

Ilekroć pada pytanie "jak było w pracy" wiem, że moja opowieść będzie skwitowana westchnieniem i " a mogłaś teraz zarabiać rysowaniem". Tak, jasne. :lol:

[Zresztą pracowałam w galerii i przejedli mi się pseudo artyści, nie chciałabym zasilać szeregi tych co to nie umieją nic więcej w związku z czym sprzedają gówno. Nie mogę pogodzic się z tym, ze tak szasta się pojęciem "sztuki", dla mnie albo ktoś sprawia że szczęka ci opada, albo niech nie zawraca gitary. Tymczasem liczne talent-szoły i powszechność płatnych zajęć, gdzie Ci powiedzą że jesteś geniuszem jak zapłacisz ostatnią ratę mnie przeraża. W galerii w której pracowałam wystawić mógł się każdy, o ile zapłacił 2 tysiące pięćset za dwa tygodnie "rezerwacji przestrzeni wystawienniczej". Ja nie chcę i nie chciałam sobie wciskać kitu.]

Poszłam na nieartystyczne studia, pracuje wśród artystów, ale sama nic nie tworzę. Owszem, trochę mnie to dołuje momentami, ale ja zawsze twardo stąpałam po ziemi, uważam, że tak już musiało być. Nie boję sie bycia przeciętną- wręcz uważam za swoją siłę to, że realnie oceniam swoje szanse i nie gniję w odmętach swoich wybujałych ambicji.

Poza tym wolę sama sobie coś zdobyć a nie miec podsunięte pod nos przez mamusię. Nie musze też słyszeć pochwał, wręcz ich nadmiar w dzieciństwie sprawił, ze KOMPLETNIE w nie nie wierzę. Przegięli po prostu w którymś momencie, nie jest realne żeby byc genialnym na każdym polu. A ja wolę rzeczywistość.

Uważam też, że to "parcie na szkło" czy tez pęd do tego żeby być oklaskiwanym to są równorzędne kwalifikacje, które rozróżniają artystów od reszty i ja tego absolutnie nie mam.

Parcie na szkło ma moja siostra, która stwierdziła, ze chce byc aktorką. O dziwo to mojej matki nie wprawiło w zachwyt. Szepcze po kątach, że to ja powinniam sie spełniać jako "artystka" a moja siostra nie. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Mnie wkurza to rozmemłanie, wkurza mnie egzaltacja, wkurza mnie uzewnętrznianie się, bujanie w chmurach, odrealnienie. Nie dla mnie jest wystawianie się na publiczny osąd, popisywanie się, promowanie się i ściganie z innymi. Nie dla mnie konkursy i castingi. Wolę już być biurwą, która po pracy , tłukąc kotleta będzie sobie śpiewała. Wyłącznie dla siebie.

To co robię nie znajduje poparcia mojej rodziny,ale kij z tym.

Troche mi przykro, że moje pasje zostały zmiażdżone przez presję kariery przez wielkie K, teraz bardzo sceptycznie do tego podchodze i trochę żal mi beztroskiego eksperymentowania, ale trucno, znajduje sobie nowe zainteresowania i robię co uważam za stosowne. Najlepiej czuję się w dziedzinach o których moja rodzina nie ma pojęcia, wyjeżdżanie w miejsca, które ledwo wskazaliby na mapie się w to wlicza.

Link to comment

Teoretycznie rodzice dają mi swobodę wybierania własnej drogi życiowej. Mama zawsze udaje taką co to uważa, że powinnam sama podejmować decyzje, niby nie naciska, ale tak naprawdę to jest chyba silniejsze od niej, bo ciągle słyszę jakieś komentarze, że co to ja będę robić po tym, po tamtym, że to złe, tu nie dam sobie rady, to nie dla mnie, to takie a takie i ciągle mimochodem podrzuca jakieś propozycje, w których, po moich obserwacjach to ona by się spełniła, które ją interesują, tak jakby chciała bym spełniła jej niespełnione pasje, które porzuciła na rzecz innych. Oj, irytujące. Z kolei tata nic mi nie mówi, jednak ostatnio doszła do mnie informacja, że komuś tam mówił, że wybrałam sobie przedmiot na maturę, który to "zdaje każdy kto nie wie co zdawać" czyli "nieprzyszłościowy". Okej, jak ja kocham jak ktoś woli mówić to co myśli na mój temat innym aniżeli mnie. (jeaa aniżeli, tak ładnie mi się wpasowało w zdanie, że musiałam go użyć ;d). Ogólnie to ostatnio boję się dzielić z nimi jakimiś moimi pomysłami na życie, kierunkiem studiów, na który zamierzam zdawać, bo wiem, że zaraz usłyszę, może nie prosto z mostu, ale zakamuflowane: "Dziecko, przecież Ty sobie nie poradzisz, o ile w ogóle się dostaniesz, na tej uczelni!"

Co do zajęć pozalekcyjnych, nigdy mnie nigdzie nie zapisywali, nie zmuszali, nie zabraniali, w tej kwestii miałam wolny wybór, inna sprawa, że nigdy nie przejawiałam zbytnich chęci na różne kółka zainteresowań czy czegoś w tym rodzaju. Ale jak postanowiłam się zapisać na zajęcia plastyczne, które po roku, może niecałym, porzuciłam, jako niespełniające moich oczekiwań, a następnego roku zapisałam się na zajęcia taneczne opierające się nieco na balecie i stwierdziłam, że nie jestem w stanie dorównać poziomem dziewczynom, które chodziły na te zajęcia od 10 lat (była jedynie grupa zaawansowana lub dziecięca) słyszałam trochę wymówek, że tracę czas, nie potrafię się w nic zaangażować, że mam słomiany zapał, że nie powinnam rzucać zajęć tylko je kontynuować.

Co do tego, na ile mi rodzice pozwalają. Mam nieco ograniczoną swobodę, późne powroty do domu itp są mi uniemożliwiane, zawsze musi być dokładnie powiedziane gdzie jestem, co robię, z kim, o której wrócę ("niee, to za późno! Nie będziesz się szlajać po nocach."). Z obserwacji, mogę mniej niż rówieśnicy. Kar niby nigdy nie dostaje, ale późny powrót mam wypominany przez długie tygodnie.

Dodam, że w dzieciństwie kompletnie nie zależało im na tym bym miała jakieś zainteresowania, nie interesowali się tym.

Aj, przypomniało mi się, jak kiedyś jeszcze w podstawówce bardzo chciałam iść do klasy z koleżanką z przedszkola. Mama była temu przeciwna, chciała bym poszła do klasy z inną dziewczyną, córką jakiejś tam jej znajomej. Ale stanęło na moim, uch, chyba się przestraszyła, że będę za bardzo panikować i tak dalej. Z koleżanką tą trafiłam w końcu i do gimnazjum ku niezadowoleniu mamy, która uważała, że ta dziewczyna ma na mnie zły wpływ. Dopiero przy wyborze klasy licealnej odetchnęła z ulgą, bo złożyłyśmy papiery na inny profil aczkolwiek jeszcze pozostał problem tej samej szkoły ;>

Podsumowując, decyzje podejmuje sama, ale często jestem nieco manipulowana. Niestety czasami dość skutecznie, ale próbuję się od tego jakoś uwolnić.

Trochę się rozpisałam ;o

Link to comment

Nigdy nie czułam się popychana w jakimkolwiek kierunku - ma to swoje dobre i złe strony. Każdy wybór według mnie był faktycznie mój. Poczynając od zajęć teatralnych i cyrkowych, po studia, wyprowadzkę i pracę kończąc. Podsumowałabym, że wychowana byłam dość naturalnie, trochę jak widział to Rousseau. Może nie aż do takiego stopnia wolności ale żadne wybory zainteresowania, szkoły, pracy nie były mi narzucane. Zwracałam się do mamy o poradę ale wiedziałam, że sama nigdy nie powie mi co mam robić, niczego nie będzie narzucać. Tata również taki był, On w ogóle zawsze szybciej uznawał wszelkie pomysły (na zabawy, wyjścia itd.) niż mama. Dzieciństwo pamiętam jako dzieciństwo, upłynęło mi pod znakiem zabawy i beztroski, poza szkołą i zajęciami, które były raz w tygodniu nie musiałam martwić się i męczyć kolejnymi wyjazdami.

Minusem jest to, że być może gdzieś tam zniknął mój talent do czegoś, nie został wykryty, teraz nie mam żadnej pasji bo nie miałam nigdy niczego rozwijanego, kształconego. Wyrosłam na osobę ze słomianym zapałem i słabą motywacją ale to tylko jak nie chce czegoś robić.

Teraz sama mogę nad sobą pracować i robię to. Na naukę nigdy nie jest za późno. Decyduje sama o sobie w 100% tym bardziej, że teraz jestem też niezależna finansowo od mamy a to zmienia bardzo dużo bo jak to mówią "kto ma pieniądze ten ma władzę".

Link to comment

W wychowaniu mnie oraz mojego brata moi rodzice przyjęli postawę wspierającą, lecz nie narzucającą. Obecnie jestem im za to niezwykle wdzięczna. Nawet jeżeli momentami pojawiał się żal, że nie pilnowali, bym sumiennie uczęszczała na treningi, bądź zajęcia. Pozwalali mi się realizować na wiele sposobów. Ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje już od najmłodszych lat. Wybierać opcje, które mnie ciekawią. I w pewien sposób dzięki temu wykształcili we mnie pewną wszechstronność. Zainteresowanie teatrem przekształciło się później w pracę stażystki. W między czasie zdążyłam przeżyć wiele lat z tańcem i jazdą konną.

Odkąd pamiętam powtarzali mi, bym kierowała się w życiu zawsze swoimi zainteresowaniami. Zachęcali, bym to ja decydowała o swoim życiu. Chociaż zawsze oferowali rady. Z perspektywy czasu uważam, że to niesamowita umiejętność- przekazać swoje porady tak, by jednocześnie nie oceniać i dać szansę na dokonanie wyboru.

Ciesze się, że pozwolili mi kreować swoją drogę życiową w taki sposób jakbym chciała. Sądzę, że w żaden sposób nie żałują swoich decyzji. Wybrałam studia zgodnie ze swoją pasją, przeprowadzając się na drugi koniec Polski. Później po prostu przyszło im zaaprobować decyzję o tymczasowej pracy w Indiach. Przeprowadzce do Faceta. Czy różnych nietypowych specjalizacjach.

Teraz mogę powiedzieć, że bardzo szybko dzięki temu wszystkiemu się usamodzielniłam. Nauczyłam się w pewien sposób sama organizować swoje życie. Na własną rękę. Źle na tym nie wyszłam.

Mój brat także nie. Sam zorganizował sobie roczną wymianę do Stanów Zjednoczonych w wieku 16 lat.

Co do swobody to w bardziej codziennych aspektach także miałam jej dość dużo. Tyczyło się to zarówno wyjazdów ze znajomymi jak i godzin powrotów do domu. Wszystko opierało się na wzajemnych zaufaniu.

Link to comment

Jeżeli chodzi o edukację, zajęcia dodatkowe, to zawsze miałam wolny wybór, mama nigdy nic nie narzucała i wspierała mój słomiany zapał w każdym działaniu.

Jednak nie robiła tego w kierunkach artystycznych, bo zawsze uważała to za co coś gorszego, czym nie warto zawracać sobie głowy. I tak czekałam wiele lat łapiąc się czegokolwiek, żeby móc w końcu zacząć rozwijać urojone w głowie pasje.

Nawet teraz zdarza jej się bardzo często powtarzać (teraz, gdy łączę teatr i śpiew w musicalu!), że to niewarte mojej uwagi, że powinnam skupić się na nauce, a nie pierdołach.

Od gimnazjum, szkoły wybierałam sama, wspierana dobrym słowem, bez żadnych sugestii.

Jednak matczyna troska przejawiła się w każdej innej dziedzinie mojego życia, czego mama nie skupiła na edukacji i życiowych wyborach, przelała na nadmierne kontrolowanie. W tej chwili przybiera to postać jakiś ataków. Jestem dorosła, nie konsultuję z nią niczego, żadnego wyjścia, żadnego wyboru, żadnej rozterki, bo jej nie ufam. Chęć kontroli stała się wręcz maniakalna, obraźliwa, wulgarna. Chyba wolałabym, żeby napierała na mnie przy wyborze studiów, niż krytykowała każdą dziedzinę mojego życia. Od koloru bluzki, przez sposób chodzenia, do spraw sercowych.

Od roku dopiero zdaję sobie sprawę, że mogę, że sama decyduję gdzie i z kim wychodzę, co i dlaczego robię. Wcześniej odpuszczałam, podporządkowywałam się tylko dlatego, żeby mieć spokój. Od roku zaczęłam żyć, nawet w domu.

Dowiodłam, że będę walczyć o cele i marzenia, nawet bez aprobaty matki. Byłoby mi znacznie łatwiej, gdybym ją miała, ale tak też dam radę.

Link to comment

Naciski czułam tylko wtedy, kiedy trzeba było wybrać szkołę średnią. Nie wyszło ani na moje, ani na mamy. Jeśli chodzi o studia, to zupełnie się nie wtrącała. Właściwie przez pierwszy rok nie potrafiła zapamiętać kierunku jaki studiuję, więc to niejako unaocznia jej zerową ingerencję w moją dalsza edukację. Oczywiście wspierała mnie i cieszyła się razem ze mną, ale mam wrażenie, że nie wiedziała w czym wspiera i z czego się cieszy. Ja studia potraktowałam czysto hobbystycznie i żałuję, że nie przemianowałam się w porę tak jak D39. No trudno.

Link to comment

Jakiekolwiek próby zadecydowania o mojej przyszłości, których podejmowali się rodzice dotyczyły wyboru liceum. Chcieli inne, ich zdaniem lepsze, jednak brali pod uwagę jedynie kwestie naukowe (i tu faktycznie mieli rację, ich liceum jest lepsze od mojego), kompletnie olewając kwestie ludzi i nastroju panującego tam. Ostatecznie i tak postawiłam na swoim i wylądowałam tam, gdzie wówczas chciałam.

Innych przypadków jakiegokolwiek wtrącania się w moje życie nie pamiętam. Raczej mogę powiedzieć, że w niektórych przypadkach mam im to za złe, bo odpuszczali równie łatwo jak ja, gdy lenistwo wkradało się do mnie i porzucałam swoje pasje, do których teraz już nie tak łatwo mi wrócić.

Link to comment

rodzicie mieli jakąś tam ambitną wizję mojej przyszłości, ale życie szybko zweryfikowało ich plany. jak byłem dzieciakiem, to bardzo chętnie posyłali mnie na zajęcia plastyczne, widząc że zrysowanie ryzy papieru w ciągu kilku dni to dla mnie żadne wyzwanie. i za to mogę być im wdzięczny, bo mogłem odkrywać swój talent i zamiłowanie do sztuki. chcieli, żebym poszedł w ślady starszej siostry i od samego początku edukacji uczęszczał na dodatkowe zajęcia i lekcje języka obcego, ale to nigdy nie doszło do skutku ze względu na problemy zdrowotne.

w pewnym momencie odbiło im w drugą stronę - zamiast kierować mnie w stronę rozwoju, doszli do wniosku, że lepiej mnie ograniczyć dla mojego własnego dobra - a to wszystko dzięki kilku złym decyzjom w moim życiu i przekonaniu otoczenia, że nie mogę o sobie decydować. sporo się napracowałem, żeby odzyskać ich zaufanie i na nowo przekonać ich, że jednak dam sobie radę i mogę podejmować decyzje samodzielnie. co prawda dalej podchodzą do wszystkiego nieco sceptycznie, ale bynajmniej nie jestem tym zrażony. przez następy rok ma się okazać na czyje wyjdzie.

Link to comment

Nie wiem czy rodzice mi coś ostentacyjnie narzucają. Mogę powiedzieć, że sugerują mocno naukę, żebym nie siedział przy kompie godzinami, ostatnio, żebym nie marnował wakacji poprzez siedzenie na dupie i nic nie robienie tylko, żebym pracował(i to mi pasuje, i tak robię). Chociaż jest jeden taki punkt. Religia. Gadałem z nimi, wybadywałem teren, i od słowa do słowa, uważają, że ludzie, którzy są niewierzący, niereligijni, obrazoburczy to "debile, idioci, walnięci, świry" itp. Ja z kolei coraz bardziej się uzewnętrzniam z moją postawą ale chyba się nie domyślają tak do końca, że ich syn to niewierzący. Na razie się nie ujawnię przed nimi całkowicie, bo jestem pod ich opieką, płacą za mnie itp. Ale potem, jeżeli będzie jakieś potem, to pie***le(sorry, nie znam zwyczajów tego forum ale na moim poprzednim można było zakląć, oczywiście w granicach rozsądku). A pomyśleć, że kiedyś byłem religijny i nie pojmowałem po prostu, że w Boga można nie wierzyć.

Link to comment

Moi rodzice tak za bardzo nie narzucają się ze swoimi pomysłami na moje życie, ale jedno czego chcieli to żebym skończyła studia. Sama też chciałam, więc nie czuję się zmuszona. Kierunek sama wybrałam, moi rodzice też są z niego zadowoleni.

Tak samo było zawsze w kwestii przyjaciół i chłopaków. Mój tata zawsze mi mówi, że nie będzie decydował z kim mam się spotykać, a z kim nie, bo to jest moje życie.

Sam ma koleżankę ze szkoły, której rodzice nie pozwolili się spotykać z biednym chłopcem z wielodzietnej rodziny, tylko przekonali ją do syna swoich szanowanych znajomków. Po ślubie gość okazał się alkoholikiem, bił ją i stworzył piekło na ziemi. Po kilku latach toksycznego związku udało jej się odejść i teraz sama wychowuje trójkę dzieci. A ten biedny chłopak z którym nie mogła się zadawać, wziął ślub z inną dziewczyną, uczciwie pracuje, wybudowali domek i dobrze sobie żyją. Okrutny przykład na to, aby nie próbować za nikogo układać życia.

Link to comment

Rodziców jako tako nie miałam. W domu nikt nikomu nie mówił "kocham", to była banda indywidualistów pod jednym dachem. I jak na indywidualistów przystało - każdy dbał o siebie.

Od malucha nauczyłam się, że jak mam na kogoś liczyć to tylko na siebie. Dzieciakiem byłam ponoć bystrym, inteligentnym i cichym. Nie chodziłam się tulić do mamy nawet kiedy miałam pół kilograma żwiru w kolanach, bo próg od klatki postanowili panowie robotnicy podnieść. Ojca nigdy w domu nie było.

Chodząc do podstawówki sama odbierałam się ze szkoły i sama do niej odprowadzałam, czasem robił to dziadek. Całymi dniami siedziałam na ławeczce przed domem i czytałam, połowę nocy patrzyłam w gwiazdy przez lornetkę od dziadka - na tej samej ławce. Mama mnie do domu nie ściągała, wioseczka była malutka to i co mogłoby mi się stać?

Poszłam do gimnazjum w sąsiednim mieście, wychodziłam z domu o 7 rano, wracałam o 7 wieczorem. Był to mój prywatny wybór, lekcje kończyłam dużo wcześniej.

Jedyną decyzją życiową, którą skonsultowałam ze swoją matką było wyprowadzenie się z domu kiedy skończyłam gimnazjum. Na jej prośbę poczekałam jeszcze rok, który spędziłam w miejscowym ogólniaku. Mama nigdy się nie wtrącała, kartki z ocenami tylko podpisywała. Ufała, że wiem, co robię.

Mając lat 16 spakowałam walizki i wyjechałam, zerwałam z rodziną kontakty - jak to na indywidualistkę przystało i bywałam w domu tylko na święta. Nikt mi nie miał tego za złe, nikt nie pytał co u mnie.

Mając lat prawie 19 przechodziłam mały kryzys i po raz pierwszy poprosiłam mamę, żeby przyjechała. Przyjechała, nie rozmawiałyśmy ze sobą wcale. Od tamtego czasu odnowiłam kontakty z mamą, wprowadziłam się do Niej na miesiąc, zanim wyjechałam z Polski. Mając 18 lat pierwszy raz w życiu powiedziałam jej, że ją kocham.

Dalej nie wtrąca się w moje życie, opowiadam jej co u mnie ale nigdy nie pytam o radę, a ona zawsze wypowiada moje ulubione zdanie "Rybko, rób co uważasz, bylebyś była szczęśliwa."

Link to comment

Ja mieszkam jedynie z mamą, ojca w ogóle nie znam (czyt. 'zrobił' mnie i uciekł przed odpowiedzialnością). Moja mama natomiast jest super kobietką i.. super mamą. :)

Bardzo dobrze się dogadujemy, mówimy sobie raczej o wszystkim. W naszym domu zupełnie nie można mówić o patologicznych sytuacjach czy kłótniach. Wspieramy się nawzajem, jesteśmy dla siebie dobrymi kumpelami. Zazwyczaj mówię jej, co mi leży na sercu, co się danego dnia stało i jakie mam problemy. Czasem się tylko posprzeczamy o nieumyte naczynia, ale to jest kwestia maksymalnie godziny.

Mama obecne do niczego mnie nie zmusza i niczego nie zakazuje. Gdy byłam w podstawówce i gimnazjum to przyciskała mnie do nauki - sprawdzała zeszyty i odpytywała z każdego przedmiotu. Wtedy strasznie mi to przeszkadzało, ale dzięki temu teraz wiem więcej i potrafię sama wziąć się do nauki.

Moja mama też nie narzuca mi własnych wyborów. Sama wybrałam sobie liceum, sama wybrałam profil, sama wybrałam studia, na jakie zamierzam się dostać za kilka miesięcy. Sama decyduję o tym, z kim się spotykam i co robię. Sama decyduję w co się ubieram i jak wygląda moje biurko. Sama decyduję o swoim życiu - po prostu.

I jest mi z tym bardzo dobrze.

Link to comment

Rodzice może mną tak nie dyrygowali jak siostry hehe. Z robitej rodziny jestem i one mi matkowały, do ojca zgłaszały się tylko jak odmawiałem kooperacji. Generalnie wyrobiłem sobie system, że robię to co mi karzą, za to mam spokój, sprzeciwiam się jedynie przy pierdołach (podczas zaborów byłbym chyba świetnym kolaborantem). Dopiero jak się wyrwałem już na studiach to odżyłem po tamtych chorych czasach i robię to co chcę, za niewielkie pieniadze otrzymywane od rodziców. Na życie starcza, najważniejsze. Kierunek studiów wybrałem sam.

Link to comment

Hmm,moi rodzice nigdy nie ingerowali, w sprawach wyjątkowo ważnych dla mnie,nawet jeśli by chcielí - i tak robie po swojemu,nie potrafię się z nimi dogadać ale relacje są " prawidłowe " w zasadzie żyje sam dla siebie tylko i wyłącznie od dłuższego czasu,a wszelkie ich wykłady że tak to ujme mam głęboko w poważaniu.

Owszem,pare razy weszli mi buciorami w niektóre kwestie,ale już raczej sobie na to nie pozwole .

Co do życia,celów,marzeń - nie mam ich zupełnie,kończe lo wkrótce (bez matury - brak pomysłu na studia)

I totalnie nie mam poję ia co dalej.

Link to comment
  • 8 years later...

U mnie rodzice niewiele ingerowali. Pozostawiali mi możliwość wyboru. Czasem nawet aż za bardzo, bo zdarzało się, że kiedy prosiłam o poradę, otrzymywałam odpowiedź, że to moja decyzja i że nie powinnam się sugerować zdaniem rodziców. Mimo to, ogólnie rzecz biorąc, cieszę się, że w przypadku pasji czy wyborów zawodowych miałam wolną rękę. Żałuję jedynie, że rodzice dali mi równie wolny wybór w przypadku relacji międzyludzkich. Tak, żałuję, że nie zakończyli za mnie moich toksycznych relacji, kiedy widzieli, że te relacje są samym złem, a ja wciąż byłam ślepa.

Link to comment
  • 11 months later...
Kerosine

Moi bliscy również mnie pozostawili wolną rękę jeśli chodzi o wybór swojej przyszłości i niestety uważam to za jedno z ich głównych zaniedbań - sama nie miałam bowiem nigdy wystarczającej motywacji ["miłości do życia"], by o nią zadbać; obawiałam się jej dosłownie do szaleństwa i robiłam wszystko, by opóźnić jej nadejście [a najlepiej, choć oczywiście nieskutecznie, w ogóle uniknąć]. Być może jednak po prostu z jednej strony przecenili moje możliwości, a z drugiej tocząca mnie choroba nie była wtedy tak oczywista / zaawansowana.

Ogólnie wszystkie moje najważniejsze życiowe wybory [a właściwie w większej części ich brak] to skutek właśnie tego nieleczonego, postępującego i ukrytego raka umysłu.

Link to comment

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
  • Who's Online (See full list)

    • There are no registered users currently online
  • Najnowsze posty

    • Kerosine
      Gotowe Zapraszam teraz do zabawy @dannonka i odbijam piłeczkę do Ciebie @yiliyane:  
    • Kerosine
      U mnie również wygląda[ło] to podobnie: po prostu mówiłam bliskim, co chciałabym dostać lub - gdy nie miałam pomysłu - prosiłam zwyczajnie o pieniądze  Dzięki temu od dawna już nie otrzymałam nietrafionego podarku, w czasach jednak, gdy jeszcze się to zdarzało [szczególnie mama lubiła celować w prezentach, które tak naprawdę sama chciałaby / mogłaby dostać] zazwyczaj wracały one do obdarowującego lub trafiały do swego rodzaju "strefy niczyjej" / na przysłowiową zakurzoną półkę.
    • Kerosine
      ... zawiodłam swoją rodzinę.
    • Gloria
      Chodzi o to, że mam porównanie do interakcji za granicą (np. Niemcy, Dania) i tam powszechne jest witanie się (nawet jak się ktoś nie zna), dlatego napisałem, że być może wynika to z kultury... Można by też zadać pytanie, czy wchodząc do windy witacie się z osobami, które już są w windzie, ale to już pomysł na nowy temat...
    • Gloria
      Dzięki za odpowiedź! Nie pomyślałem o tym, że można na to popatrzeć z takiej perspektywy. Rzeczywiście, być może to jest kwestia odnośnie reakcji na sytuacje stresowe i radzenie sobie z gniewem. W przykładzie powyżej wyszedłem z założenie, że ja zostałem zaatakowany. Ja, w takim sensie, że moja własność mogłaby zostać naruszone (chodzi o integralność przedmiotu ze mną). Zniszczenie przedmiotu lub próba zniszczenia uważałbym za atak na mnie. To znaczy w tamtym momencie wydawało mi się, że rozwiązanie siłowe rozwiąże problem, tzn. w pewien sposób kierowca zostanie ukarany (co po szybkim przemyśleniu stwierdziłem, że nie miałoby sensu - zważając na możliwe konsekwencje). Czy możecie polecić jakieś książki z tego zakresu? Chodzi mi np. o reagowanie na stresowe sytuacje. Co do sytuacji na drogach to myślę, że radzę sobie w porządku, a takie przykłady jak powyżej należą do rzadkości.
  • Recent Status Updates

  • Popular Contributors

    1. 1
      yiliyane
      yiliyane
      2
    2. 2
      LilCharlotte
      LilCharlotte
      1
  • Top użytkownicy (7 dni)

    Gloria
    Gloria
    7 posts
    Kerosine
    Kerosine
    5 posts
    yiliyane
    yiliyane
    4 posts
    LilCharlotte
    LilCharlotte
    2 posts
    Magdalena234
    Magdalena234
    1 post
    miknet
    miknet
    1 post
    BlablablaWika
    BlablablaWika
    1 post
    Kasiastan
    Kasiastan
    1 post
  • Top użytkownicy (miesiąc)

    Kerosine
    Kerosine
    25 posts
    Uszanka
    Uszanka
    14 posts
    yiliyane
    yiliyane
    13 posts
  • Top użytkownicy (rok)

    Kerosine
    Kerosine
    490 posts
    yiliyane
    yiliyane
    417 posts
    Gloria
    Gloria
    90 posts
×
×
  • Create New...