Nocne filozofowanie
Zwykłam siadywać w nocy na parapecie okna, paląc wsłuchiwać się w tą głuchą ciszę uśpionego miasta, czy pogwizdywania ptaków na ranem, jak teraz. To trochę niebezpieczne... można wpaść w bardzo smutny nastrój... dać się omotać ciszy i pustce do tego stopnia, że zdaje się ona wypełniać nas od środka. Często wpadam w tę pułapkę... i ciężko z niej wyjść. Ale nie daję się, zmuszam do pozytywnych myśli. Jednak czy to nie jest przypadkiem tak, że my ludzie mamy skłonność do tego stanu? Czy nie jest w ten sposób, że czasem umyślnie w niego wpadamy, bo podświadomie lubimy użalać się nad sobą? Wiele z nas tak mówi i otwarcie się do tego przyznaje. Ja tak... umyślnie wpadam ten nastrój. Widzę, że się zbliża, uśmiecha krzywo do mnie, a ja lecę w jego objęcia... I tak już zostaję, skulona w niemocy, kłócąc się z własnym ciałem... i siedzę... myślę... pamiętam... Zapraszam do nocnego filozofowania.
Proszę o zachowanie jednej zasady.
Proszę o pisanie tylko w nocy... i szczerze, tak od siebie, ze środka.
Proszę trzymać się powyższej zasady!









