przypomnialo mi sie jeszcze kilka rzeczy:
jakies spaghetti czy inny makaron w sosie serowo-brokulowym w sphinxie (nie mam pojecia czy jeszcze jest w menu). bylo przeokrutnie mdle, ze po 3gryzach chcialo mi wyjsc ta sama strona, ktora weszlo. zaden z ich sosow nie byl w stanie poprawic tego "arcydziela". najgorsze, ze bylam paskudnie glodna, wydalam kase by poprawic ten stan, a wyszlam przerazliwie glodna i w kolorze zielonym - nawet kelner nie mial odwagi mi spojrzec w oczy.
ciezko mi jest sobie wyobrazic, co oni tam zepsuli, bo ja takie zarelko robie w 15min i jest to najprostszy z prostych obiadow - co w moim slowniku oznacza: nie do zepsucia.
-----
jakas zupa mleczna na koloniach. ogolnie nie lubie mleka(w postaci nieprzetworzonej lub malo przetworzonej) i zup mlecznych nie tykam, bo kazdorazowo konczy sie to w ubikacji. niestety trafilam na jakas niezbyt rozgarnieta babe, ktora stwierdzila, ze "nie zglaszano mi, abys miala skaze bialkowa, wiec jedz" i zadne argumenty nie docieraly. stala nade mna jak kapo.
po "spozyciu" okolo 3 lyzek z moich ust wydobyl sie malowniczy pejzaz, ktorym udekorowalam stol, a pani poczula iz nalezy uczynic odwrot, akurat w chwili gdy zaczela sie na mnie gapic cala kolonia (ze szczegolnym uwzglednieniem 5osob siedzacych i zieleniejacych przy moim stoliku).
do tej pory jak to wspominam to przechodza mnie niemile dreszcze
