Mendoxes napisał:Mówisz, że nasze społeczeństwo jest głupie ale spójrz na USA (już ktoś zarzucił ten przykład ale jest tak dobitny, że warto powtórzyć) w porównaniu do ich licealistów nasi to zdobywcy nagrody nobla.
Gdzie? Zapytaj dowolnego licealistę o konfigurację elektronową pierwiastków. Każdy będzie wywalał oczy i pytał o co Ci chodzi. Chyba, że jest na biol-chemie albo interesuje się chemią - wtedy zwracam honor.
Mendoxes napisał:Mówisz, że pracy się nie znajdzie ; a czy to jest najważniejsze w wykształceniu? Naprawdę najważniejsze? A przypadkiem nie samoświadomość tego, że nie jestem tępym bucem i znam się na po trochu wszystkiego a nie "jestem ekspertem znam się tylko na jednym a jak każą mi pokazać na mapie Francję to szukam jej w Azji"
Za to w pracy najważniejsze jest wykształcenie. Bez wykształcenia roboty nie znajdziesz i co z tego, że będę wiedziała gdzie leży Francja jeżeli będę skazana na kserowanie dokumentów za 1500 zł miesięcznie. Oczywiście nie mówię, że wiedza geograficzna nie jest ważna, ale co mi po super wykształceniu jeżeli to czego nauczyłam się w szkole nijak ma się do rzeczywistości i żadnego pracodawcę nie obchodzi to czego nauczyłam się w szkole na fizyce na przykład.
Mendoxes napisał:Tym, którzy chcą być dziennikarzami, pisarzami, polonistami, językoznawcami fizyka i chemia też się przyda, bo w brew pozorów nie uczy tylko regułek i wzorów, uczy myślenia, logiki którą często humaniści tracą przy wielokrotnym czytaniu Gombrowicza.
Jeśli interesujesz się językami w większym stopniu niż tylko "wykuć słówka i z nich starać się sklecać zdanie może ktoś zrozumie" to na pewno wiesz jak logika jest ważna przy nauce gramatyk.
Najwięcej logiki nauczyłam się na matematyce i rozwiązywaniu tysiąca zadań. Chemia kojarzy mi się tylko z nudną godziną raz w tygodniu na której kuje się wzory których nikt nie rozumie i podstawia się do nich cyfry oznaczające rzeczy, których jeszcze bardziej nikt nie rozumie.
Może jestem jakimś genialnym człowiekiem, nie wiem, ale języki obce po prostu "wchodzą" mi same i nie czuję jakiejś szczególnej potrzeby stosowania logiki przy nauce gramatyki (nie czuję, że rymuję

). Dwa razy usłyszę jak ktoś wymawia dane zdanie i konstrukcję gramatyczną mam w głowie, na sprawdzianach wszystko robię "na czuja" i mam piątki. Moja koleżanka, która jest ścisłowcem faktycznie uczy się języka tak jak np. matematyki - jakieś zdanie jest wzorem i do niego podstawia słówka. Ja tak nie potrafię. W danym języku mówi się tak i tak i już, rozrysowywanie tego, robienie sobie wykresów tylko mi wszystko gmatwa.
Rozumiem Was i Wasze argumenty mają sens - żeby nie być głąbem, trzeba mieć jako takie rozeznanie w świecie i to jest prawda, całkowicie się z tym zgadzam. Problem polega na tym jaka wiedza i w jaki sposób jest przekazywana w szkołach. Zamiast reakcji na chemii wolałabym się dowiedzieć czego nie mam używać przy czyszczeniu podłóg żeby jakiś środek nie wyżarł mi paneli bo zawiera takie i takie związki, jakich składników mam nie mieszać w kuchni bo mi coś wybuchnie itd. Na biologii chcę się dowiedzieć jakie zwierzęta występują w polskich lasach, co mam zrobić jeżeli je spotkam albo jeżeli kłuje mnie w prawym boku to co to może być, co mam robić aby usprawnić swój organizm, co mam jeść żebym była zdrowa itd.
Można powiedzieć, że jest to głupia wiedza bo można to przeczytać w każdej lepszej książce. Ale czy wiedza przekazywana w szkole nie jest jeszcze głupsza i nikomu nieprzydatna? Cytat z mojego zeszytu:
"Podział tkanki łącznej:
a) zbita: liczne włókna, regularnie lub nieregularnie ułożone, występuje w więzadłach, ścięgnach, skórze właściwej
b) wiotka: dużo substancji międzykomórkowej, 3 rodzaje włókien nieregularnie ułożonych, występuje w narządach wewnętrznych i naczyniach krwionośnych"
Wszystko to jest bardzo ciekawe, ale po co mam się uczyć tego na pamięć? Wszyscy doskonale wiemy, że takie rzeczy wkuwa się na sprawdzian, a dwie przerwy później już nic z tego nie pamięta. Chciałabym, żeby szkoła nauczyła mnie czegoś, co
przyda mi się w życiu a nie co jest zbiorem kawałków wiedzy wyrwanych z różnych dziedzin. Jaki jest sens uczenia się takich rzeczy, kiedy nikt, łącznie z nauczycielem, nie za bardzo rozumie o co w tym chodzi?
Kilka cytatów z wykop.pl na ten temat:
Lepsze takie rozwiązanie niż uczyć wszystkich przymusowo tego czego nie chcą. Później się barany dziwią czemu na lekcjach fizyki nie można się nauczyć niczego ciekawego. A jak k$$!a, skoro 90% jest tam z przymusu i ma fizykę głęboko w dupie (tak samo tyczy się to historii, biologi czy chemii)?
Już pomijam tak prymitywne rozumowanie, że w starym systemie przy tym wymiarze godzinowym, który jest to ze szkół ogólnokształcących same omnibusy wychodzą - nie k$$!a, nie wychodzą!
@Adi_Cherryson: skąd wiesz, co byś wolał wiedzieć a czego nie?

Skąd wiem? Bo miałem wcześniej 9 lat podstawówki i gimnazjum, idąc do liceum i tak musiałem wybrać profil. Tylko co z tego, skoro poniekąd wbrew mojej woli i mojemu wyborowi profil ten nie był realizowany w porządnym stopniu, tylko mimo humanistycznej specjalizacji musiałem uczyć się o cyklu Krebsa. I dzisiaj nic a nic z tego nie pamiętam, poza tym, że straciłem na naukę tego mnóstwo czasu.
Studia oczywiście, dają specjalizację, ale powinny dawać ją jeszcze głębszą, a mocna selekcja tego, co uważamy za potrzebne nam w przyszłości niech odbywa się już w liceum.
Bo potem na pierwszym roku wielu studiów okazuje się, że połowa odpada, gdyż przeskok między tym co mieli w liceum a tym co jest na studiach jest zbyt duży.Gdyby było technikum prawnicze czy historyczne, pewnie bym tam poszedł. Niestety, takiego nie ma, musiałem więc iść do liceum i uczyć się budowy komórki roślinnej i kilkunastu sposobów powstawania soli.
Rzekoma reforma bazuje na tzw. modelu anglosaskim, z którym mam przyjemność (albo i nie) pracować od ponad 6 lat. Założenia są bardzo dobre, ale okaże się w praktyce czy to ma sens w Polsce. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że uczniowie w Polsce są w przeważającej większości prowadzeni za rączkę. Do 18 roku życia! Gdzie przeciętny angielski nastolatek pierwsze "wybory" edukacyjne podejmuje w wieku 12-13 lat - wybierając język obcy w 8 klasie, a potem w wieku 14-15, przedmioty do tzw. GCSE. Żle trafi? Pół biedy jak jest miejsce na innym kursie, czasami udaje się zamienić. A jeśli nie? Trudno. Następnym razem zastanowi się 10x i wybierze lepiej. Moi polscy podopieczni też źle wybierali niektóre przedmioty, np. geografię zamiast języków. Jakoś musiały przez dwa lata zaliczyć kurs i nic im się nie stało. Wszyscy teraz studiują i są bardzo zadowoleni.
Rozumiem obawy przed produkcją idiotów. Ale czy naprawdę wiedza na temat jakiejśtam bitwy gromwiegdzie (nawet nie związanej z Polską) lub gdzie uprawia się na świecie buraki cukrowe pomoże uczniom, którzy absolutnie nie będą mieli z takimi dziedzinami nic wspólnego? W Anglii uczą podstaw historii, geografii, przyrody itp. do końca 9 klasy szkoły średniej, przy czym przedmioty bazują w większości na własnych osiągnięciach (tzn angielskich). Kto chce, wybiera rozszerzone przedmioty (część jest obowiązkowa do samego końca) od 10 klasy i poszerza wiedzę w tym co lubi. Podstawy i tak będzie miał. Chce więcej? Proszę bardzo. W collegu można wybrać zupełnie inne przedmioty lub kontynuować poszerzanie wiedzy z poprzednich.
Ten system naprawdę działa, bo w końcu daje wolność tym, co chcą się uczyć tego co lubią i być może zwiążą swoją przyszłość z daną dziedziną. A że zawsze znajdą się młotki, które wykorzystają to by nic nie robić? To normalne, przecież tak teraz też jest.
Nie rozumiem, jak można mówić że system szkolnictwa jest dobry, jeżeli ludzie po skończeniu go znajdują pracę za 1200 zł? Jak już mówiłam -
nie może być jeszcze gorzej.