przez IronischWesen » 28 Sty 2012, 18:37
Kiedyś dużo za dużo kłamałam. Nie wiem czy w ten sposób ukrywałam swoje prawdziwe 'ja', czy po prostu robiłam coś na swoją korzyść. Nie widziałam w tym nic złego. Rodzice nie lubią chłopaka? Powiem, że idę do koleżanki którą ubóstwiają. Czy mam pożyczyć siostrze kasę? Powiem, że nie mam, choć w rzeczywistości nie chcę jej pożyczyć. Zajarałam? Powiem, że to był jedynie alkohol. I w końcu spotkałam na swojej drodze pewnego Osobnika płci męskiej. Byłam nim zachwycona. Opowiadał mi o sobie, pokazał swój dom, mówił o planach na przyszłość i o swoich przyjaciołach. A w rzeczywistości? Włamałam się z nim do czyjegoś domu, plany na przyszłość to kraść i bajerować a przyjaciele są tacy jak on. Kłamał ze wszystkim. Dosłownie ze wszystkim. I przejrzałam na oczy. Kłamstwo jest złe. Kłamstwo celowe, przemyślane, bezczelne.. I cieszę się, że czasy w których jedynym kołem ratunkowym było kłamstwo minęły.
Chociaż jak wspomniała poprzedniczka, gdy babcia zrobi obiad, który mi nigdy nie smakuje i spyta się czy dobry, to odpowiem: oczywiście, że dobry. Coby nie zrobić jej przykrości. W niektórych sytuacjach mój przykry nawyk pozostał, jednak częściej wyznaję zasadę: bolesna prawda aniżeli piękne kłamstwo. Coś mi się nie podoba, to o tym mówię, gdzieś wychodzę z kimś kogo oni nie lubią? To mówię prawdę i pomimo ich niezadowolenia idę w długą - ważne, że wiedzą z kim. Czasami łatwiej jest skłamać i oszczędzić sobie dłuższych tłumaczeń. Ale staram się tego nie stosować. Wychodzi jak wychodzi, myślę, że dużo się już nauczyłam i wiele jeszcze nauczę.
" Możesz zmienić niebo, które masz nad sobą, ale duszy w sobie nie. "