Rajtar napisał:Jeśli przyjaźń się kończy to nigdy nie była przyjaźnią
Antykozak napisał:przyjaźń która się kiedyś skończy, to naprawdę Nią nie jest
Też tak myślałam. To było jakieś... dziesięć lat temu. Dziś, z perspektywy czasu, muszę stwierdzić, iż jest to nieprawdą. Choć właściwie nie ma uniwersalnej reguły odnoszącej się do przyjaźni, bo każdy człowiek traktuje podobne relacje w zupełnie inny sposób, to warto się zastanowić, czy jest sens w ogóle dopuszczać do siebie myśl, iż jeżeli coś się między dwojgiem przyjaciół zepsuło, to nie można już tego nazwać przyjaźnią. Spróbuję to zobrazować na swoim przykładzie - tak chyba będzie najlepiej. Mogę tu strzelać maksymami o wielkiej, niekończącej się przyjaźni, ale nie widzę w tym najmniejszego sensu.
Będąc jeszcze dzieckiem poznałam swoją pierwszą przyjaciółkę. Spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu, chodziłyśmy do jednej szkoły, klasy, siedziałyśmy w jednej ławce. Przyjaźniłyśmy się około 10 lat w sumie. Przez ten czas dorastałyśmy, nabierałyśmy nowych doświadczeń, w międzyczasie poznawałyśmy nowych ludzi, słowem - zmieniałyśmy się. W końcu zaczęłyśmy się od siebie coraz bardziej odsuwać. Ona wolała spędzać czas z kimś innym, ja byłam zajęta swoimi sprawami. Wszystko skończyło się w naturalny sposób, bez kłótni, sprzeczek, czy jakiejś ogromnej katastrofy. Jednakże mimo tego, iż już od bardzo dawna nie utrzymujemy ze sobą kontaktu, lubię czasem powspominać dawne czasy, z uśmiechem na twarzy przypominam sobie wszystkie spędzone z nią chwile. Nie mogę jednak powiedzieć, że skoro nasze relacje dobiegły końca, to nigdy właściwie ich nie było. One trwały przez dłuższy okres czasu i najwidoczniej musiały się kiedyś wypalić.
Czasem bywa tak, że jedni ludzie odchodzą po to, aby na naszej drodze pojawili się zupełnie inni. W liceum miałam kolejną przyjaciółkę. Byłam wtedy dużo dojrzalsza, nie było we mnie już tego dziecięcego przekonania o przyjaźni na śmierć i życie, bo właściwie zostało ono zweryfikowane przez upływający czas. Cieszyłam się każdą chwilą, jaką mogłam z nią spędzać. W sumie nigdy otwarcie nie nazwałyśmy siebie przyjaciółkami. Obie uważałyśmy to za dziecinne. Bo właściwie po co w jakikolwiek sposób nazywać wszelkie relacje między ludźmi? Jeżeli dwie osoby świetnie się rozumieją, uwielbiają spędzać ze sobą czas, wspierają się i mogą liczyć na siebie nawzajem, to po co do tego dokładać jeszcze jakąś etykietkę? Zawsze bawiło mnie, kiedy ludzie wypisywali poematy na temat swoich przyjaciół, głosili wszem i wobec hasła o wspomnianej wcześniej przeze mnie "nieśmiertelnej przyjaźni", po czym zaskoczeni biegiem wydarzeń, wielce rozczarowani tym, iż ich oczekiwania względem owych "przyjaciół na śmierć i życie" legły w gruzach, unosili się honorem i w jednej chwili przekreślali wszystko, o czym jeszcze tak niedawno mogliby ze szczęścia wykrzyczeć całemu światu. Dlaczego? Zapewne nie rozumieją, że ludzie się zmieniają. Czasem jesteśmy kogoś pewni w 100%, wydaje nam się, że coś będzie trwało już zawsze, a jednak świat nie staje specjalnie dla nas w jednym miejscu. Czas wciąż gna do przodu i bywa, że ludzkie drogi zwyczajnie się rozchodzą. Naturalna kolej rzeczy. I nie ma co dopowiadać sobie do tego jakichś durnych teorii i tym, iż prawdziwa przyjaźń nigdy się nie kończy, a jeżeli jakaś się kończy, to właściwie nigdy nią nie była. Skoro nią nie była, to jak wytłumaczyć to, że przez jakiś czas był w naszym życiu ktoś bardzo ważny, kogo nazywaliśmy "przyjacielem", z kim mogliśmy porozmawiać właściwie o wszystkim? To znaczy, że tego nie było? Gratuluję podejścia wszystkim, którzy w tak płytki sposób traktują relacje międzyludzkie. Tak, to płytkie i zarazem egoistyczne przekonanie o tym, że skoro ja się z kimś przyjaźnię, to ten ktoś nie ma prawa iść własną drogą, zmieniać się, może pewnego dnia nawet mieć mnie serdecznie dość, bo ja się zmieniłam i już w żaden sposób temu komuś nie odpowiadam.
Ale wracając do przyjaciółki z liceum - po ukończeniu szkoły i przeprowadzce do zupełnie innych miast, z czasem, mimo usilnych starań z obu stron, nasz kontakt w końcu zmalał do takiego stopnia, że na dzień dzisiejszy składamy sobie tylko życzenia świąteczne, czy urodzinowe. Jednakże również miło wspominam czas, w jakim mogłyśmy być ze sobą blisko i wspierać się nawzajem. Z czasem zrozumiałam po prostu, że tak musiało być. Zawsze będzie dla mnie bardzo ważna, podobnie, jak poprzednia przyjaciółka z podstawówki. Obie odegrały w moim życiu bardzo istotne role i nie mogłabym tego ot tak przekreślić tylko dlatego, że dziś nie spędzamy ze sobą każdej chwili, jak było to kiedyś.
Również faktem jest, jak to napisała już wcześniej
myst - przyjaźń nie jest bezwarunkowa i nie jest tak, iż nie trzeba o nią w żaden sposób dbać, czy zabiegać, bo skoro jest ta "prawdziwa", to wszystko będzie działo się właściwie samo i będzie trwało mimo wszystko. Nic nie jest tak piękne, jak to bywa w filmach. Historie o prawdziwej, nieskończonej i bezwarunkowej przyjaźni to tylko bajki, które możemy śmiało włożyć na półkę obok harlequinowych historii. Nic nie jest takie proste. Relacje z drugim człowiekiem to bardzo delikatna i ulotna materia. Wystarczy, że zaniedbamy kogoś na dość krótki czas, a któregoś dnia możemy po prostu obudzić się z przysłowiową "ręką w nocniku". Nikt nie ma obowiązku traktować nas, jak wcześniej, skoro my postanowiliśmy dać sobie trochę luzu i na chwilę zapomnieć o drugim człowieku. Zapominając i zajmując się swoim życiem, odsuwając na bok tego drugiego człowieka, on również może postąpić podobnie - być może nieświadomie, ale jednak.
vetus napisał:Przyjaźń to stan ducha. Podobnie jak miała swój początek (jakoś musiała się pojawić?) może mieć swój koniec.
Zgadzam się z tym absolutnie. Przyjaźń nie ma ustalonych reguł, nie jest powiedziane, że musi trwać wiecznie, wiele zależy w gruncie rzeczy od obojga ludzi, ich podejścia względem siebie samych, ale i również do stosunków między nimi. Do tego dochodzi jeszcze czynnik zupełnie od nich niezależny - czas.
Darcia K napisał:To jest oczywiste, że to NIE była przyjaźń. Gdyby była, to nawet w przypadku wyjazdu na drugi koniec świata kontakt by był

Człowiek, któremu zależy, który poważnie traktuje swoją przyjaźń, nie wyjeżdża ot tak 'wyrzucając telefon do oceanu'.
Kolejny przykład na to, jak niewielkie pojęcie ludzie mają na ten temat. Ale wszystko weryfikuje życie, żadne wyjaśnienia właściwie nie pomogą. Sama kiedyś zrozumiesz, jak bardzo się myliłaś. Ludzie pojawiają się i znikają, nigdy nie można być nikogo do końca pewnym. Nigdy nie można mieć 100% pewności, że któregoś dnia nasz wielki przyjaciel nie postanowi wyjechać na drugi koniec świata i tam nie pozna wspaniałych ludzi, przez co nie będzie miał nawet czasu, czy ochoty wysłać chociażby jednej wiadomości do nas. Zresztą - tylko wielki egoista nie byłby w stanie puścić kogoś wolno i pozwolić mu żyć własnym życiem. Twoje podejście natomiast mówi, że skoro ktoś uważa się za naszego przyjaciela, to nie ma do tego żadnego prawa. Gdyby tak było... gdyby rzeczywiście przyjaźń, która dobiegła końca dlatego, że dwoje ludzi przestało mieć dla siebie czas, tak naprawdę nią nigdy nie była, to właściwie nikt nie miałby żadnych przyjaciół... albo naprawdę niewielkie grono ludzi.
vetus napisał:Przyjaźń nie zobowiązuje do wybaczania tylko dlatego, że nią jest.
Przyjaźń właściwie do niczego nie zobowiązuje. Przyjaźniąc się z kimś nie podpisujemy umowy o bezinteresowność, bezgraniczne zaufanie, czy kontakt do końca życia. Między ludźmi raz bywa lepiej, innym razem gorzej, czasem tracimy do kogoś zaufanie, aby potem znów je odzyskać i mogłabym tak wymieniać jeszcze długo...
Zresztą - każdy ma na to swoją własną regułę, którą potwierdza ich życie, czy osoby, którymi się otaczają. Jak napisałam na początku - nie ma uniwersalnych zasad. Każdy podchodzi do kwestii przyjaźni w zupełnie inny sposób. Ja jednak mimo wszystko, mimo tego że już w zasadzie nie mam kontaktu ze swoimi przyjaciółkami, nie odważyłabym się wszystkiego w jednej chwili przekreślić. Nie wiem, jak dalej potoczy się moje życie - może jeszcze będzie nam kiedyś dane iść tą samą drogą i nasze relacje odrodzą się na nowo. Bo przecież i tak może być. A na dzień dzisiejszy podchodzę do tej kwestii z ogromnym dystansem. Nie lubię niczego nazywać. Jeżeli coś się dzieje, to pozwalam mu się dziać i nie przyklejam etykietek w stylu "przyjaźń na całe życie".
.