przez Blu » 26 Mar 2012, 23:29
Oskar i Pani Róża, przyznam otwarcie, że nie mogłam nie uronić łzy ją czytając.
Właśnie od tej książki zaczęła się moja, póki co jeszcze krótka, ale mam zamiar to nadrobić przygoda ze Schmittem.
Poprosiłam Panią w bibliotece o książkę z wątkiem psychologicznym, nad którą będę miała okazję pofilozofować, pomyśleć, bo takie najbardziej lubię. Poleciła mi Marzycielkę z Ostendy. Wybór trafiony jak najbardziej.
Jak w przypadku pierwszej, również łzy kapały mi ciurkiem, ale to już niedowierzania, że gdzieś być może takie rzeczy ludziom się zdarzają. Miłość, przyjaźń, piękno. Wszystko w jednym, napisane na prawdę z ludzkimi emocjami. Cudo. Nie jednej nocy Ostenda pojawiła się w moich snach.
jestem bezradny, jestem jak organiczna definicja angielskiego słówka „pathetic", jestem jak podstarzały Donnie Darko, jestem potencjalnym samobójcą z miłości przez utopienie, jestem jak otwarta czakra, cieknący kran i krwawiący nos.