przez lawenda20 » 01 Lut 2012, 18:33
Jakiś czas temu ot od słowa do słowa umówiłam się z moim kolegą (znam go 4 lata, poznałam go na wakacjach razem z moim bratem). Podczas tej "randki" była między nami chemia, nieśmiały dotyk dłoni, przyciągający wzrok, magnetyzm... gdy mnie odwoził do domu, zjechał w pobliską drogę leśną, zaczęliśmy się całować, wziął mnie na kolana, chciał się chyba ze mną kochać, ale wyznałam mu że jestem dziewicą i że się boje, uszanował to i nie nalegał ale swoim dotykiem doprowadził mnie do pierwszego w moim życiu orgazmu... I potem gdy leżałam wtulona w niego zadał pytanie: Kochasz kogoś? Na co nastała cisza, a potem odpowiedział pytaniem: Czy można kochać kogoś kto uczynił Twoje życie jałowym? I cóż, magia gdzieś się schowała, dotarło do mojej głowy, że oto oddałam coś ważnego, swoją intymność mężczyźnie który psychicznie wciąż czuje się związany z inną kobietą... Poczułam chłód, pośpiesznie ubrałam się i poprosiłam by odwiózł mnie do domu, podczas jazdy próbował mi to tłumczyć mówiąc że w życiu nie wszystko jest czarne albo białe, heh wytknął mi nawet to, że jestem jeszcze taka młoda... Fakt, jest starszy ode mnie, ma ustabilizowane życie, prace etc ale podczas naszej "przyjaźni" nigdy nie poruszaliśmy kwesti wieku, bo dobrze się dogadywaliśmy... Ale wracając do tamtego wieczoru, to pamiętam jak cholerny smutek czułam wtedy w sercu... i następnego dnia zresztą też, w końcu wieczorem napisałam mu sms z pytaniem "Co teraz? Czy mam sobie robić jakąś nadzieje czy to sprawa stracona?" Odpisał, że tak że moge mieć nadzieje, ale że miłość nie przychodzi ot tak, że musimy się o nią postarać, że motyle w brzuchu to nie wszystko... I z tą nadzieją w sercu zapragnęłam kontaktu z nim, rozmów (on mieszka w innym mieście), ale każda moja próba kontaktu kończyła się sms "byłem poza zasięgiem" "zostawiłem telefon w pracy" "jutro musze wczesnie wstac, wiec nie moge teraz rozmawiac" w końcu zrozumiałam: staram się za dwoje, nie zależy mu... napisałam mu że to koniec i wtedy znowu argumentem przetargowym stała się moja "niedojrzałość" napisał coś o tym, że nie panuję nad emocjami, że wściekam się bez powodu... I to był cios, udałam się nawet do psychologa by obgadać tą całą sytuację i wg tej psycholożki ja się najzwyczajniej w świecie zakochałam... Poradziła mi bym spróbowała jeszcze raz, bym się otworzyła, bym pozwoliła sobie na czułość... Zatem znowu nawiązałam z nim kontakt, nie przeszkadzało mi to, że odpisuje po 12 czasem nawet 24h... aż pewnego wieczoru, cholernie chciałam usłyszeć jego głos, nie odebrał odpisał "ze jest z kumplami z pracy w pubie i nie może" i wtedy znowu wrócił mój racjonalizm, w nicość posżły rady psycholożki bym była czuła... usunęłam jego nr tel, gg... Aż nagle odezwał się i nie kryłam się już napisałm mu że się w nim zakochałam a on? Cóż potraktował mnie jak swoją sekretarkę, która przynosi mu wprawdzie ważne dokumenty, ale w tej chwili niepotrzebne... Zaoferował mi "powrót do przyjaźni". Ale nie mogłam się na to zgodzić, nie po tym zbliżeniu w samochodzie. Poprosiłam go by wiecej do mnie nie pisał, by zniknął, wkurzył się, padło kilka inwektyw w mym kierunku, napisałam mu jeszcze na koniec że nie ma prawa tak pisać, bo nigdy nie był młodą, nawiną, dziewicą z głową pełną marzeń...
I gdy po tygodniu, po kolejnych 2 spotkaniach z panią psycholog pogodziłam się juz z tym, że to nie był facet dla mnie nagle otrzymuje od niego sms "Wiesz jechałem właśnie tą drogą... i wspomnienia same powróciły, teraz cały czas towarzyszy mi uśmiech:)" nie odpisałam na to nic, usunęłam ten sms, i tym samym jego nr... nie chciałam znowu dawać sobie nadziei, że coś może być z tego... Powiedzcie proszę jak wyleczyć się z naiwności? ;/