przez Liszka » 28 Lip 2011, 13:08
Marta Zaraska, Zawieszeni wspaniała książka!
Próbuję się uśmiechnąć, ale mi nie wychodzi, usta mam zastałe, zdrętwiałe. Więc też tylko patrzę na niego, sekundę, dwie, może minutę nawet- minuta to dzisiaj tak wiele. Kto ma teraz czas na miłość, na miłość niedospaną, zmęczoną, wymiętą, na miłość upchniętą w piksele, wtłoczoną pod biurka, między dokumenty "na wczoraj", kto ma czas na tę miłość przy nocnym kinie i kaczce pięć smaków, na miłość wystaną w korkach i wiecznie spóźnioną.
No tak, na półce. Bo w niebie wszystkie nowe dusze, zanim się urodzą, siedzą na takich półkach, jak na grzędach. Albo jak w sklepie. I czekają, aż je wywołają na świat. Widocznie moja dusza siedziała koło twojej. I stąd cię znam.
Całe życie czekamy jak w dworcowej poczekalni. Tylko, że pociąg nie przyjeżdża bo kolejarze strajkują.
Skąd wiesz, czy cała reszta świata nie jest jedynie wytworem twojego umysłu? Jedyne, czego możesz być pewna, to ty. Każdy jest egoistą i każdy musi być egoistą. Tak samo jak musisz oddychać.
Polska się rozpada, rozłazi w szwach. Każdy sobie rzepkę skrobie. I nie chodzi o to, że rządzący, że Oni, że Tamci. Nie - my, my! Tu trochę wezmę, tu odrobinę pokombinuję, temu zajadę drogę, tu zaparkuję, to co z tego, że zakaz, zakaz jest głupi i w złym miejscu, nie wypełnię PIT-u, nie wezmę faktury, nie nabiję na kasę, pożyczę sobie ten batonik, zatankuję na firmę, wezmę zwolnienie, czy tego nie dałoby się załatwić szybciej za, powiedzmy, trzysta złotych? A tu taki malutki prezencik... My, my wszyscy. Zjadamy tę Polskę, rozrywamy ją po kawałeczku
Świat się skurczył, wyprany w koncentracie technologii. Spłaszczył się, skulił. Ludzie skaczą po nim niczym pchły, przeskakują przez południki jak przez gumę, raz, dwa, raz, dwa, głos się niesie kablami, obraz biegnie pikselami, produkty płyną statkami, te same wszędzie. Globalizacja. McDonald's w Zimbabwe i banany na Alasce, Colgate na wschodzie, Colgate na zachodzie, Danone na lewo, Danone na prawo, Toshiba tu, Toshiba tam, a i tak wszystko made in China.
Pięć lat studiów - ile to słońca mniej na skórze, ile podmuchów wiatru, ile zmarnowanych fal, które rozbiły się nie dla moich oczu na pięknych piaszczystych plażach, za tyle głupich minut spędzonych na wpatrywaniu się w komputer jak pies w poranną miskę. Zdawało mi się, że jestem wyjątkowa, jedyna, wspaniała. Te głupie kolorowe magazyny! W których bieda jest biedna tylko troszkę, tak żeby wzruszyć, ale nie przerazić, w których ból jest mało bolesny, a rozpacz krótka, do zniesienia, do przeczytania i zapomnienia. Tak tam pisali. Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Jesteś silna. Energiczna. Kreatywna. Uwierz w siebie, mówili, więc wierzyłam, starałam się, kupowałam nowy krem i wierzyłam jeszcze bardziej, z każdym wtartym lipidem coraz mocniej, z każdym multiaktywnym składnikiem lepsza, wspanialsza.
Polska tkwi we mnie jak drzazga, czasami boli, czasami uwiera. Ale nie dam jej wyrwać- nigdy. Bo Polska to choroba przyjemna, an którą tak wspaniale, tak wzniośle się cierpi.
Dopóki gra muzyka, mija cała wieczność, jak życie w powieści.
On jest facetem. Ona kobietą. Facet, kobieta, to daje pożądanie. Proste.
♥♫