przez Liszka » 09 Paź 2009, 08:56
Zaczęłam pisać coś, co mozna brać jako całość, ale i jako osobne teksty. Prosiłabym o opinie, czy warto to ciągnąć, co poprawić, co zmienić. Na tę chwile mam dwa opowiadania, nie wiem czy jest pisania czegoś dalej czy poprzestać na takkich dwu-trzy odcinkowych fragmentach. Soł let's goł:
Szlafrok miała. Zielony.
Tak naprawdę to stała po środku zbyt szerokiej ulicy. Kłamstwem byłoby mówienie, że jest ona bezbronna i ciśnie się w wąskich uliczkach uciekając przed wzrokiem ludzi. Nie, to by nie była ona. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie odrobinę zagubionej, ale czy zagubiona osoba z taką pewnością w sobie patrzyłaby w niewidzialny punkt zawieszony między odległym o jakieś dwadzieścia metrów chodnikiem, a budynkiem obok. Zapewne wielu z was sądzi teraz, że jest szalona. No bo co innego można sądzić o dwudziestoletniej kobiecie stojącej na ulicy w szlafroku. Mężczyźni pewnie zastanawiają się teraz co ma pod spodem, a kobiety, dlaczego wybrała tak tandetny odcień zieleni. Lubiła zieleń i nie była szalona. Była zwolenniczka wolnego słowa, ubioru, wyznania, czegokolwiek co akurat z wolnością się jej w danej chwili kojarzyło. Dziś postanowiła uwolnić swój rozbiegały wzrok. Postanowiła to zrobić rano, a rano, jak wiadomo, nosimy szlafrok. My, kobiety, mężczyźni z reguły nie używają tej części garderoby. Wisi u nich w szafie, zakupiona przez żonę pięć lat temu, rozpakowana dla świętego spokoju, nawet nie przymierzona. Ona akurat miała zielony szlafrok, miękki, przyjemnie otulający ciało, wiec dlaczego miałaby w nim nie wyjść na ulicę by uwolnić swój wzrok? A wiadomo, że by cokolwiek uwolnić trzeba wyjść na duża przestrzeń. Akurat takową znalazła, niedaleko, wystarczyło tylko wyjść z domu, zapomnieć zamknąć drzwi, po schodach zbiec na dół, przesunąć ciężkie, metalowe wrota i wyjść. Czy Was widzi, pytacie. Otóż, widzi, ale nie zauważa, a to różnica, prawda?Można widzieć, że młody chłopak wyrywa torebkę starszej pani okładając ją czymś twardym, ale nie trzeba tego zauważać, bo po co nam kłopoty, czyż nie? Więc ona, nasza kobieta w zielonym szlafroku właśnie uwalnia swój wzrok, właściwie to już go wypuściła, dlatego wydaje się nam wszystkim, że patrzy tępo w przestrzeń, albo jakiś niewidzialny punkt. Nie, nie patrzy, jej wzrok biega niczym rozhasana sarenka na łące, a ona czeka, czeka na niego, by móc wrócić do domu, wypić kawę, zjeść zimnego już tosta, zapalić trzy papierosy. Jednym z nich zapewne znów nie trafi do popielniczki, ale to nic, nie przeszkadza jej to, lubi czuć koło lewej nogi małego stolika wypalone do połowy pety. Sprawia jej to nieopisaną radość, kiedy tak gołą stopą wgniata tytoń w miękki dywan. Pytacie, ile tu stoi? Na tej ulicy? Ona nie liczy czasu, nie ma zegara, czas nie spełnia w jej życiu żadnej roli, nawet gdyby przestał płynąć ona nie zauważyłaby zapewne, my tak, ona nie. Dziwna, myślicie. Nie, inna, a inny nie jest człowiekiem dziwnym, jest innym i tego się trzymajmy. Jest inna, ma zielony szlafrok i stoi na środku ulicy wypuszczając wzrok. Jedni mają psa, z którym klnąc pod nosem wychodzą, gdy pada deszcz, ona ma wzrok, który zapragnął dziś pobuszować w świetle porannych świateł samochodów. Jest inna, ma szlafrok w tandetnym zielonym odcieniu i śpiewa czasem, gdy kroi chleb. Nigdy nie śpiewa, tylko, gdy kroi chleb, fałszuje przy tym okropnie, ale nóż i chleb chyba to lubią, nigdy nie uciekły, więc lubią. Tak, tak. Zastanawiacie się, czy jest samotna, no tak, ma tylko mieszkanie, z miękkim dywanem, nóż, zielony szlafrok, drzwi, stół, popielniczkę, papierosy i wzrok. To wiele, czułaby się samotna, gdyby nie miała okna w swoim mieszkaniu, przez okno patrzy, gdy wypala papierosa o godzinie piętnaście po czwartej popołudniu, wtedy szlafrok wisi niedbale na krześle, ale to nie jest istotne. Ona pali i patrzy przez okno i liczy wirujące w świetle drobinki kurzu. próbowaliście kiedyś je policzyć? Szalenie trudne. Ona policzyła, dwa razy, siedziała na podłodze po turecku i liczyła drobinki kurzu unoszące się nad nią w małej, oświetlonej kłębie. policzyła, zanotowała i schowała do dolnej szuflady w tej szafce przy barku. Cicho! Wzrok wrócił, a ona idzie wypić kawę, zjeść zimnego tosta i wypalić trzy papierosy, z czego ten ostatni trafi na dywan.
A on nos. Stłuczony.
Pchnął drzwi z takim impetem, że odbiły się od ściany i z jeszcze większą prędkością zatrzymały się na jego nosie. Zaklął głośno i tym razem otworzył je delikatniej prawą ręka, a lewą trzymając się za obolałą twarz. Ona siedziała na tym samym fotelu, na którym ostatnio widział ją wczoraj, w tej samej pozycji, wydawać się może, że z tym samym papierosem, nie odpalonym, trzymanym pomiędzy palcem środkowym, a wskazującym, a kciukiem kręciła wokół filtra. Ciekawy obrazek. Stojący w drzwiach facet, ciężko dyszący z bólu twarzy, na której zatrzymały się odbite od ściany drzwi, a w dużym salonie siedzi kobieta na fotelu, przez którego poręcz przewieszony niedbale jest miękki zielony szlafrok. Mężczyzna odsunął rękę od twarzy i upewnił się czy nie zagościła na niej krew. Całe szczęście nie, pozwoliło mu to zaoszczędzić wiele czasu. W przeciwnym razie musiałby iść do łazienki, spłukać krew z ręki, by ta, jasnym strumieniem, wraz z wodą popłynęła nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak brudnymi rurami, no i po co zanieczyszczać dodatkowo swoją krew? W końcu spojrzała na niego, nie dość, że na niego patrzyła to jeszcze zauważyła. Uśmiechnęła się uśmiechem nie mówiącym nic kompletnie. Znacie taki uśmiech, prawda? Z jednej strony wydaje się Wam, ze jest to strasznie kpiący, irytujący Was uśmiech, a z drugiej odczuwacie dziką satysfakcję, że go widzicie. On dodatkowo okropnie się wściekł, to mu utrudniało sprawę. Nienawidził, gdy uśmiechała się tak jak dziś, uwielbiał, kochał ten uśmiech, a przyszedł, a wrócił tu w zupełnie innym celu niż porwanie ją do jej małej sypialni z przesadnie dużym łóżkiem z miękkim materacem. Po drodze zrzuciłby z niej zielony szlafrok. Ale tym razem nie miała na sobie zielonego szlafroka, ten wisiał na oparciu fotela. Niedbale. Miała na sobie białą sukienkę, tę, w której ją poznał kilka lat temu. Oboje pamiętają ten dzień, tylko każde inaczej. On pamięta zjawiskową sukienkę odbijającą się w jeziorze, nad którym stała. Ona pamięta jego dwudniowy zarost. Dziś on miał ten sam zarost, a ona tę samą sukienkę. Nie, nie byli szczęśliwym związkiem, ale właśnie na tym nieszczęściu to wszystko się opierało. Oboje byli sobą zmęczeni. Ona nienawidziła jego postrzegania światem okiem fotografa, którym nie był swoją drogą, miał oczywiście najdroższy sprzęt, ale nigdy z niego nie korzystał, wolał patrzeć i mówić jakie zdjęcie by zrobił. Może tak naprawdę potrafił tylko dobrze mówić o zdjęciach, a wykonanie chociaż jednego z nich skończyłoby się totalnym niewypałem, rozmazanym idealnym światem. On zarzucał jej brak zegarka, brak racjonalnego myślenia, brak zauważania czegokolwiek, nie lubił, gdy widziała, lecz nie zauważała. oboje się nienawidzili i właśnie dlatego tak długo przy sobie trwali. Jak długo, pytacie? Ona odpowie, że długo, że za długo i dłużej niż potrzeba, no tak. Zegarka na swej ręce nie posiada, a w mieszkaniu głosu odmierzających czas wskazówek też nie usłyszymy. On powie, dwa miliony tych zaplanowanych zdjęć temu. Długo. Jeszcze raz potarł bolący nos, jakby to coś miało pomóc, ułatwić rozmowę. Ta biała sukienka, to światło z okna, gdyby tak przesunąć ten fotel delikatnie w lewo, gdyby w końcu odpaliła papierosa i trzymając go tak samo, lekko zbliżyła go do ust i jeszcze głowę, żeby odwróciła lekko w prawo. tak zdjęcie byłoby idealne. Dwa miliony i jeszcze jedno, a on ciągle przy niej. Oboje skazani na siebie i oboje wcale nie chcący tego. Wykrztusił coś lekko, udała, że nie słyszy. A w świetle zachodzącego słońca tańczyły drobinki kurzu łącząc się w pary przy starej melodii. Może tych dwoje było właśnie starą fotografią zrobioną kiedyś w przelocie, lekko rozmazaną, gdyż robioną niesprawną ręką fotografa. Spojrzała na niego jeszcze raz, głębiej, a na jej ustach znów pojawił się uśmiech. Ten sam uśmiech.
- Nie kocham cię.- powiedział on rozcierając sobie nos. Właściwie to po co go tarł, w czym to miało pomóc? Okropny widok.
- Ja ciebie też.- odpowiedziała z tym samym uśmiechem. Irytujące, prawda? Ja bym zalała się łzami, Wy też? Nie? Dlaczego, przecież po czymś takim człowiek może się załamać, rozsypać, rozpaść i nigdy nie pozbierać, nie poskładać. To tak jak ze starą fotografią, podarta i sklejona traci swą magię i urok. On na nią patrzył pocierając nos, a ona się uśmiechała. Wyszedł i zatrzasnął drzwi. Drobinki kurzu pouciekały jak małe dzieci czymś spłoszone. Bal czas zakończyć. Muzyka ucichła. Została sama w białej sukience na fotelu. odpaliła papierosa. A on gdzieś daleko nadal pocierał swój nos. Jakby to miało w czymś pomóc. Wróci, choćby po to, by dwa miliony dwa zdjęcia później zdjąć z niej zielony szlafrok.
Twój łów, łowco serc, niewinnych serc
Pluszcze w potoku ciepłej krwi
Więc moje serce uniży w głąb
Tam haczyk twój nie sięgnie
Cmok - cmok.
Łów wielebny, łów
Mlask - mlask
Łów wielebny, łów