Mam podły nastrój i ochotę na długiego posta, pozwolicie że wyżyję się tutaj

Dorzucam, absolutnie dorzucam "panią dalloway" oczywiście tutaj mozna się spierać, bo wlaściwie dlaczego. Może dlatego że dla mnie to też opowieść o życiu które gdzieś tam przeleciało, o topieniu się w przeciętności, normalności która przytłacza, od której nie ma ucieczki. O łańcuchu konwenansów i więzieniu, w którym zamykamy się sami nie mogąc wydostać poza ściany których nie ma. Tu nie ma przymusu z zewnątrz, nie ma złych ludzi i okrutnych praw, jest tylko człowiek, jego własna miałkość, jego własna prywatna żałosność i klatka, która śmieje się szyderczo z jego łyżeczkowego podkopu i bezsilnego pilniczka.
I dorzucam Salo, ale połowicznie bo zdołałam przebrnąć przez pierwsze 20 minut, tu dorzucam w kontekscie negatywnym, bo film tylko rani, rani bez powodu, pusto, bezmyślnie. Niby Pasolini się tłumaczył, ze to taki eksperyment, że sztuka ma swoje prawa.. Bez jaj.
Wyspa zaginionych - twórców sierocińca, niby fabuła prosta jak patyk, niby taka sama jak w samym Sierocińcu, niby scenariusz taki-se niby wiedziałam jak się skończy, ale klimat, sposób operowania obrazem, dźwiękiem - film na pewno nie wybitny, ale wrażenie wywarł
Twórczość Agnieszki Holland, właściwie wszystko co widziałam pierwsze miejsca w kategorii "największe straty moralne" chyba Kobieta Samotna i Zdjęcia Próbne.
Wracając do literatury i Virginio wybacz ze znów do Ciebie, ale Chwile Wolności, tj. dzienniki... olaboga jak to potrafi zranic. Ale dobrze, że nie byłaś szczęśliwa, bo cóż byśmy dziś czytali.
Swoją drogą bylibyście w stanie poświęcić, świadomie poświęcić własne szczęście za cenę stworzenia czegoś genialnego? Poświęcić namacalne "teraz" dla teoretycznego "zawsze"?
I czy byłaby to jakaś masochistyczna forma egoizmu, czy też odwrotnie mesjański wręcz altruizm, bo przecież moje ja cierpiałoby za to żeby przyszłe pokolenia mogły klikac na fejsbuku "lubię to". Czy po prostu postawienie kreacji? autokreacji? dzieła? siebie? na pierwszym i jedynym miejscu priorytetów i kąpiel w ponurym samozachwycie?
Rani mnie Kundera i to znowu się dziwie, wszak Kunderę czyta się mimo wszystko przyjemnie. Człowiek tu się zaśmieje, tam zastanowi, ale otateczne wrażenie jakie wywiera jest zawsze... nie wiem mieszanka niepokoju, smutnej refleksji, śmiechu i zapomnienia, takie miękkie pierdolnięcie w szary beton. Z uśmiechem, ale jednak pierdolnięcie.
Celowo nie wymieniam wszystkich książek "żydowskich", wszytkich wojennych epopejek bo te mają ranić z założenia, poza tym są... są z tego świata, co oczywiście jest odpowiednio przerażające, ale to jednak już nie jest nasz świat, dlatego dotykają, ale może sa zbyt konkretne, może zbyt wydają się odległe, może zbyt skupiam się na codzienności.. Zranienie jest, ale inne, jakoś mi nie pasuje do tego tematu, jakoś nie dziś.
Hmm dobra już kończę, idę do tego fajnego działu z seksem zobaczyć czy ktoś nie zaszedł w ciążę z pieczarką
